Kryzysowy PR jest jeszcze gorszy niż gra piłkarzy

Jacek Zalewski
13-06-2006, 00:00

Naród postawił swoją reprezentację w piłce kopanej pod pręgierzem i już czwarty dzień ją biczuje. Reakcja społeczna jest brutalna — gdyby nasi piłkarze pokonali ekwadorskich, to oczywiście wygralibyśmy MY, ponieważ jednak stało się odwrotnie, to przegrali ONI. Polskie społeczeństwo nie jest w takiej postawie odosobnione. Ekstremalny przypadek narodowego gniewu odnotowany został w roku 1966, gdy reprezentacja Brazylii wracała z Anglii w tajemnicy, autentycznie obawiając się o życie trenera Vincente Feoli.

Pawła Janasa czeka co najwyżej los telewizyjnego eksperta, który za cztery lata będzie krytykował swego następcę. Na razie zjawiskiem bardziej zdumiewającym od nieporadności piłkarzy jest PR-owska klęska szefów PZPN, mających przecież kryzysowe doświadczenia sprzed czterech lat z Korei. Naiwne zdumienie prezesa Michała Listkiewicza, że obecność trenera Janasa na niedzielnej konferencji prasowej była absolutnie konieczna, obraża inteligencję nie tylko mediów, ale także zwykłego kibica. Z kolei w poniedziałek Janas stawił czoło trudnym pytaniom, za to schował się Listkiewicz.

Podręczniki PR pełne są opisów fatalnych błędów i nieumiejętności reagowania na problemy. W obszarze biznesu za przykład wręcz klasyczny uznawane jest kryzysowe zachowanie Jana Kulczyka, którego dwa lata temu rozwój sytuacji tak zaskoczył, że schował się na chorobowym w Londynie, etc. Biorąc pod uwagę skalę wydarzenia, reakcje władz polskiej piłki w obecnych trudnych dniach zapisane zostaną na najczarniejszych stronach teorii komunikacji społecznej.

I to nawet, gdyby jutro w Dortmundzie z Niemcami zdarzył się cud...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Surowce / Kryzysowy PR jest jeszcze gorszy niż gra piłkarzy