Liczy się oszczędność

Bartosz Dyląg
17-10-2006, 00:00

Rosnące ceny paliw skłaniają do szukania coraz tańszych sposobów ogrzewania budynków. Instalacje grzewcze można modernizować na wiele różnych sposobów.

Coraz częściej tradycyjne kotły gazowe zastępuje się kondensacyjnymi. Pozwala to zaoszczędzić średnio 30 proc. gazu. Różnica między nimi jest prosta. W zwykłych kotłach para wodna zawarta w spalinach uchodzi bezpowrotnie do komina. Te drugie wykorzystują zjawisko kondensacji, czyli zatrzymują energię parowania ze spalin. Zastosowany mechanizm polega na oziębianiu spalin i ich skraplaniu. Kocioł kondensacyjny jest w stanie schłodzić spaliny do niższej temperatury i przejąć większe ilości ciepła ze zużytego paliwa, dlatego jest urządzeniem o wyższej mocy cieplnej (jego sprawność jest wyższa o 12-16 proc. w stosunku do kotła tradycyjnego).

Każda porcja energii

Kotły kondensacyjne zalecane są w tzw. instalacjach niskoparametrowych, w których temperatura wody grzewczej wynosi 50 st. C.

— Niezależnie od rodzaju instalacji kocioł kondensacyjny zawsze ma wyższą sprawność energetyczną od tradycyjnego. Zaletą jest też to, że do jego zastosowania nie są potrzebne specjalne instalacje centralnego ogrzewania i ciepłej wody użytkowej — przekonuje Jan Siedlaczek, inżynier szkoleniowy firmy Vaillant.

Zdaniem praktyka, zyski z instalacji kotła kondensacyjnego można policzyć na prostym przykładzie domu o powierzchni około 200 mkw., w którym kocioł zapewnia centralne ogrzewanie i ciepłą wodę. W najmroźniejsze dni (czyli wtedy, gdy na zewnątrz jest 20 stopni mrozu) zużywa on 15 kW mocy.

— Za zwykły kocioł, który w sezonie grzewczym zużyje 3,7 tys. m sześc. gazu wartego około 4 tys. zł, trzeba zapłacić 2,6 tys. zł. Zakup kotła kondensacyjnego będzie kosztował 4,5 tys. zł, ale w sezonie grzewczym zużyje on 2,6 tys. m sześc. gazu wartego 2,8 tys. zł. Koszt instalacji zwraca się zatem po dwóch latach — przekonuje Rafał Różyczki, inżynier działu technicznego Ulrich.

Ciepło z ziemi

Bardziej nowatorskim rozwiązaniem są pompy ciepła. W tym systemie ważną rolę pełni tzw. dolne źródło ciepła, które dostarcza energię do procesu termodynamicznego, zachodzącego w pompie ciepła. Im wyższa i stabilniejsza jego temperatura, tym lepiej. Podstawowymi rodzajami dolnego źródła ciepła są: grunt, powietrze i woda. W pierwszym przypadku ciepło pobiera się z działki, na której stoi ogrzewany budynek.

— Źródłami są wymienniki gruntowe wypełnione 30-procentowym roztworem glikolu. Zależnie od potrzeb i warunków geologicznych są to kolektory spiralne, kolektory płaskie lub sondy pionowe wiercone w ziemi na głębokość od 15 do 200 m — wyjaśnia Darek Jackiewicz, właściciel firmy Energus.

W przypadku gdy źródłem ciepła są wody gruntowe, wierci się dwie studnie głębinowe w odległości 10 m i głębokości 12-15 m.

— Wodę pobieraną ze studni biorczej tłoczymy do pompy ciepła, gdzie zabierana jest część energii cieplnej. Schłodzona woda tłoczona jest do drugiej studni. W gruncie woda, która była wcześniej schłodzona, pobiera ciepło z ziemi i ponownie jest wykorzystywana przez pompę ciepła — mówi Paweł Ślęzak z firmy Nateo.

Problemem, przynajmniej na pierwszy rzut oka, mogą być koszty instalacji. Pompy ciepła są kilkakrotnie droższe niż system grzewczy oparty na konwencjonalnym układzie. Dla czterech osób zamieszkujących dom o powierzchni 160 mkw. koszt instalacji pomp jest szacowany na 30-37 tys. zł. W przypadku instalacji tradycyjnego systemu ogrzewania trzeba by było zapłacić około 12 tys. zł. Zysk jest jednak widoczny na etapie eksploatacji.

— Wykorzystując pompę ciepła, można ogrzać dom o powierzchni 160 mkw. za 150-170 zł miesięcznie. Rachunek za prąd, uwzględniający ogrzanie budynku, wody użytkowej, nie powinien zaś przekroczyć 250 zł na miesiąc — wylicza Paweł Ślęzak.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartosz Dyląg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Firmy / Liczy się oszczędność