Ludzie biznesu są wybitnymi znawcami sztuki

Bartosz Krzyżaniak
06-04-2001, 00:00

Ludzie biznesu są wybitnymi znawcami sztuki

Waldemar Dąbrowski, twórca pierwszego spektaklu zrealizowanego ze środków pozabudżetowych, opowiada o obywatelskich powinnościach, „Tamarze”, nie tylko gospodarczej rzeczywistości, pożarach i biznesmenach melomanach.

„Puls Biznesu”: Stworzył Pan „Tamarę”, pierwszy w stolicy spektakl finansowany przez sponsorów. Jak do tego doszło?

Waldemar Dąbrowski: W połowie lat 80. dostałem stypendium z amerykańskiego Departamentu Stanu, w trakcie którego miałem okazję do spotkań z wybitnymi postaciami kultury amerykańskiej i obejrzenia kultowych miejsc. Wtedy zorientowałem się, że obrazy malarki o swojsko brzmiącym nazwisku, Tamara Lempicka, której nazwiska wcześniej nie znałem, są wieszane obok Chagalla. To mnie zafascynowało. W Nowym Jorku grany był akurat spektakl „Tamara”, będący głośnym wydarzeniem na Brodwayu. Kiedy wróciłem do Polski, okazało się, że Tamara Łempicka jest tutaj prawie zupełnie nieznana. Wtedy podjąłem decyzję o wystawieniu „Tamary” w teatrze Studio, którego wówczas byłem dyrektorem.

Trudność polegała na tym, że akcja rozgrywa się w 11 pomieszczeniach jednocześnie. Przedstawienie powstało dzięki środkom z zewnątrz, co było wydarzeniem bez precedensu w Warszawie. Trzy firmy: Pewex, Colmex i wiedeński Jurimex złożyły się na budżet całego przedsięwzięcia, wynoszący wtedy około 100 tys. USD. Premiera odbyła się we wrześniu 1990 r., następnego dnia zostałem wiceministrem kultury.

„PB”: Czy Pańskie koneksje przekładają się na finansową kondycję sceny narodowej?

WD: Nie da się tego tak po prostu przełożyć, choć oczywiście w pewnym sensie wpływ mają, bo udało nam się przyciągnąć do tego teatru z sektora prywatnego więcej środków niż kiedykolwiek w przeszłości. Nie jest to jednak jeszcze kwota rozstrzygająca o kondycji teatru.

„PB”: Jaka to suma?

WD: Około 1 mln zł. To poważna kwota, ale wciąż niewystarczająca. To dopiero zalążek, z którego może się urodzić jakaś sensowna formuła wspomagania sceny narodowej przez sektor prywatny.

„PB”: Czy to znaczy, że formuły takiej nie ma?

WD: Wspomaganie finansowe należy postrzegać w proporcji do potencjału gospodarki rynkowej, a także w relacji do innych potrzeb społecznych. W hierarchii owych potrzeb, które nie są należycie dofinansowane z budżetu państwa, kultura nie plasuje się najwyżej. Rozumiem, że naturalną koleją rzeczy jest nakarmić dziecko, potem je wykształcić, a później budować owo coś, co jest ornamentem rzeczywistości, choć z mojego punktu widzenia ornament ten jest raczej fundamentem. Jeżeli myślimy o nas jako o narodzie mającym poważne aspiracje europejskie, musimy się zgodzić co do tego, że podstawowe instytucje kulturalne tego społeczeństwa muszą kwitnąć i rozwijać się. Jest to jednak rozumowanie w kategoriach państwa. Jeśli tę kwestię sprowadzimy do konkretnego przedsiębiorcy, na którego biurku leży 2 tys. podań o wsparcie, rozumiem, że rzadko skłaniać się będzie ku operze czy teatrowi.

„PB”: Czy podanie Opery Narodowej nie wyróżnia się spośród 2 tys. innych podań?

WD: Prawdopodobnie wyróżnia się. Dlatego nie narzekam i cieszę się, że udało mi się nawiązać kontakt z grupą przedsiębiorców.

„PB”: Na czym on polega?

WD: Na finansowaniu przedsięwzięć, które inaczej nie byłyby możliwe do zrealizowania.

„PB”: Nie są to chyba działania bezinteresowne. Czego oczekują przedsiębiorcy?

WD: Budowania swego wizerunku jako światłych mecenasów sztuki, instytucji rozumiejących swoją publiczną powinność. W języku angielskim funkcjonuje pojęcie „corporate citizenship”, czyli w wolnym tłumaczeniu firma obywatel. Wokół tego pojęcia zbudowano formułę działań w oświacie, kulturze czy zdrowiu. Leży ono u podstaw działań księcia Karola, który odwołuje się do spełniania obywatelskich powinności firm. To jedno z nowych pojęć, które będą systematyzować myślenie ludzi sukcesu. Po uporządkowaniu materialnych podstaw własnej egzystencji, kiedy firmy będą w dobrej kondycji, zrodzą się pytania: Co mogę zrobić na marginesie sukcesu? Jak się nim mądrze dzielić?

„PB”: Przygląda się Pan polskim biznesmenom zasiadającym wśród publiczności?

WD: Tak.

„PB”: Zmienili się przez ostatnich 10 lat?

WD: Oczywiście. To jest jednak proces cywilizacyjny, który biegnie, w którym udział biorą różne postaci, i o ile na początku lat 90. o biznesie polskim myślano w kategoriach skandali i sensacji, które w większości przypadków nie potwierdziły się, o tyle dziś patrzy się na stojących na czele wielkich projektów gospodarczych ludzi z szacunkiem. Oni należą do demiurgów nowej polskiej rzeczywistości. To się czuje także w teatrze. Zainteresowanie wielu z nich sprawami sztuki kiedyś mogło wydawać się spektakularne, a dziś widać, że jest ono głębokie i umotywowane.

„PB”: Jest Pan przekonany, że to właśnie głębokie zamiłowanie do sztuki przyciąga ich do teatru, a nie np. chęć pokazania siebie, swojej firmy?

WD: Jeżeli ktoś potrafił zarobić wielkie pieniądze, to z całą pewnością chce je także mądrze wydawać. Jeżeli łączy się te dwie sprawy, np. w kontekście znakomitego spektaklu, to ja nie widzę w tym nic złego. Tym bardziej że zwykle wybitni przedsiębiorcy więcej dają, niż biorą; pokazanie swego nazwiska, nazwy firmy czy produktu podczas premiery i w zamian ofiarowanie 200 czy 300 tys. zł nie są wartościami równorzędnymi. Traktują to jako obywatelską powinność.

„PB”: Czy w teatrze, operze biznesmeni pojawiają się także wtedy, gdy nie mają w tym interesu, czy przychodzą po prostu delektować się sztuką?

WD: Muszę powiedzieć, że pierwsze miejsca na liście najbogatszych Polaków zajmują wybitni melomani i znawcy sztuki. Może Pan zapytać zarówno Jana Kulczyka, jak i Aleksandra Gudzowatego o dowolną premierę w operach europejskich czy w teatrze poznańskim bądź naszym. Z pewnością udzielą wyczerpujących odpowiedzi. Podobnie częstym gościem jest Jerzy Starak, Kazimierz Adamczyk. Mam wymieniać dalej?

„PB”: Czy polskiej scenie narodowej grozi bankructwo?

WD: Nie. Nasza pozycja nie jest zagrożona. Jedynym wielkim problemem jest uzyskanie funduszy na generalny remont teatru. Kiedy go wybudowano, był najwspanialszym teatrem świata. Od tego czasu minęło jednak 35 lat, a on nie był nigdy remontowany.

„PB”: Ile potrzeba pieniędzy?

WD: Na odbudowę po pożarze jednej piątej gmachu, czyli Teatru Narodowego, wydano kilkadziesiąt mln USD, musimy więc mówić o kwocie równorzędnej. Na szczęście pożar nie zdarzył się nam od tego czasu, jednak — choć przykro jest to powiedzieć — jedyne porządnie wyremontowane instytucje kultury były spalone: filharmonia w Krakowie, Teatr Polski we Wrocławiu i Teatr Narodowy w Warszawie. W dobrej kondycji jest też filharmonia w Warszawie, która jako jedyna z tego grona uniknęła pożaru. Faktem jest, że potrzebujemy dużo pieniędzy.

„PB”: Część pieniędzy, którymi Pan dysponuje, to przychody własne teatru.

WD: Mamy dwa podstawowe źródła przychodów: wpływy z biletów i z działalności gospodarczej, którą prowadzimy dzięki posiadanym przez nas zasobom lokalowym. To składa się na 30 proc. całego budżetu, co w skali europejskiej jest zupełnie wyjątkowym wynikiem.

„PB”: Instytucja zarabia więc po europejsku. A pracownicy?

WD: Wybitny dyrygent dostaje 4 tys. zł za spektakl, dyrektor zarabia 12 tys. zł, największa polska śpiewaczka, za wielką kreację, dwie i pół godziny śpiewania — 3 tys. zł. Nie wiem, czy jest sens o tym pisać: jeśli przeczyta to jakaś gwiazdka estrady, po prostu parsknie śmiechem... Średnia pensja to około 2 tys. zł miesięcznie. W sumie zatrudnionych jest tu 1100 osób.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartosz Krzyżaniak

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Surowce / Ludzie biznesu są wybitnymi znawcami sztuki