Luźna niczym studentka

Jacek Konikowski
09-02-2007, 00:00

Wszyscy w rządzie jej zazdroszczą. Nic nie zarabia, a wydaje. Do tego nie swoje. Jak wyda za mało, ma problemy. Więc robi, co może, aby kasa była pusta.

siedlowy sklepik na Woli. Grażyny Gęsickiej nikt tu nie zna. Za to „panią minister” kojarzą od razu.

— Od lat robi u nas zakupy, ale dopiero gdy mąż zobaczył ją kiedyś w telewizji, skojarzyłam, że to minister. Taka skromna, zawsze uśmiechnięta i dowcipna. Zupełnie nie jak minister. Szkoda tylko, że tak rzadko do nas zagląda — mówi sprzedawczyni.

Jej poszło łatwo. Jednak Grażynę Gęsicką, minister rozwoju regionalnego, trudno określić jednym zdaniem. Pasuje: szara eminencja rządu, ale też: najjaśniejsza jego postać. Każdy, kto spróbuje dowiedzieć się o niej czegoś więcej, będzie w kropce, bo w każdym zdaniu na jej temat znajdzie przynajmniej jeden z trzech wyrazów: rząd, Unia, fundusze. O Grażynie Gęsickiej wiadomo tyle, że jest i jej wychodzi. Bo coś w końcu zaskoczyło, dzisiaj Polska pruje do przodu w wykorzystywaniu unijnych funduszy. Paradoksalnie jednak, mimo że ministerstwo jest dzisiaj najważniejszym resortem, to jego szefowa pozostaje chyba najbardziej tajemniczym ministrem. Nie jest gwiazdą mediów, tematem artykułów śledczych czy chociażby przedmiotem zachwytów pism kobiecych. W mediach pojawia się rzadko. Kaczyński jej nie gani, a Rydzyk nawet chwali. Jeden na stu Polaków może poznałby ją na ulicy czy w telewizji. Pytaliśmy w Sejmie: większość posłów nie potrafiło nam powiedzieć o Gęsickiej nie więcej niż to, co można przeczytać w jej nocie biograficznej na stronie resortu. Kilku sądziło nawet, że jest eurodeputowaną, zapominając, że Gęsicka nawet nie jest politykiem. Gdy ją zapytać wprost, jaka jest, odpowiada:

— Zwyczajna, po prostu robię, co do mnie należy.

Grające pisuary

Gabinet wielki jak pole golfowe. W końcu ministerialny. Ten sam, w którym kilkadziesiąt lat temu Hilary Minc, minister przemysłu w rządzie Cyrankiewicza, biedził się nad Planem Sześcioletnim i opracowywał swoją „bitwę o handel”. Wokół twórczy nieład, sterty papierów, segregatorów.

Cud, że udało nam się tu dotrzeć. Gabinet szefowej resortu oraz kilku jej współpracowników wciąż jeszcze mieści się w gmachu Ministerstwa Gospodarki, podczas gdy reszta resortu urzęduje na Wspólnej.

— To jest dopiero temat. Ma pan przepustkę, ale niektóre drzwi się otwierają, inne nie. Ktoś kiedyś wyznaczył marszruty. Urzędnicy mają się przemieszczać po gmachu ministerstwa określonymi ścieżkami, zupełnie jak u Monty Pythona. Dochodzi do takich paradoksów, że ktoś z ulicy z wypchaną torbą (to przytyk do mnie) wchodzi bez problemu, a moi pracownicy muszą kombinować, żeby się dostać do własnego szefa — dziwi się Gęsicka.

Cicha wojna ministerstw?

— Nie podejrzewam, raczej mętlik organizacyjny.

Skoro jesteśmy przy Ministerstwie Gospodarki, to powraca temat grających ministerialnych pisuarów.

— Już je wyłączyli. Ale dawniej, jak ktoś stanął, nie pamiętam, czy zaczął, czy nie zaczął, to w pewnym momencie rozlegała się muzyka, istne fanfary — wspomina pani minister.

Pierwsze wrażenie? Szef resortu, a luźna niczym studentka.

Skromna, lecz skuteczna

Nic nie daje, nic nie odbiera, więc co robi? Pytanie jedynie z pozoru proste.

— Większość mojej rodziny dotąd nie wie, czym tak naprawdę się zajmuję. Wyjaśniam, ale trudno to wytłumaczyć. W sumie chodzi o to, aby rzeczy się działy, żeby nie tylko zaplanować sobie, że tu czy tam zbudujemy autostradę czy oczyszczalnię, ale żeby naprawdę one powstały — tłumaczy Gęsicka.

Skromnie powiedziane. „Financial Times” i „The Economist” uznały Gęsicką za jednego z najefektywniejszych ministrów obecnego rządu. My byśmy jeszcze dodali: i najskromniejszego.

— Ja i skromna? Skądże. Jak trzeba, to się pochwalę. Problem w tym, że nie mam po temu zbyt wielu okazji. I nikt nie chce słuchać — odpowiada pół żartem, pół serio.

Więc szybki test. Pytamy panią minister, czy wszystko jej się udało w zeszłym roku z tego, co sobie zaplanowała.

— Skadże! Nie osiągnęliśmy założeń Rady Ministrów. Wykonaliśmy je raptem w 70 procentach — odpowiada z rozbrajającą szczerością, zupełnie nie jak na ministra przystało.

— Ale pani minister, przecież były trzy wersje — podpowiada jej rzeczniczka.

— No, tak, była wersja Marcinkiewicza, bardzo ambitna, i tę przyjęła Rada Ministrów. Druga nasza, że nie stracimy ani jednego euro i jeszcze wydamy nieco więcej. I trzecia, desperacka, że wykorzystamy pieniądze z Unii co do centa, ale nic poza tym. W stosunku do tej desperackiej zrobiliśmy cztery razy więcej, w stosunku do drugiej — prawie 40 procent więcej.

— A ta Marcinkiewicza nie była na wyrost?

— Oczywiście, ale na tym polega polityka. Polityk, który mówi ludziom: będziecie mieli cały czas tak samo, jak macie, będzie nim krótko — mówi Gęsicka.

A co, jeżeli w tym roku nie uda się wykonać „300 procent normy”? Plan na 2007 rok zakłada wydanie trzech miliardów euro.

— Wtedy powinnam chyba zwolnić gabinet komuś bardziej efektywnemu, kto potrafi te rzeczy zrobić. Nie jestem przywiązana do stołka. Robię, co mogę, ale nie zjadłam wszystkich rozumów i może są osoby, które mają bardzo dobre pomysły w tym zakresie — zapowiada pani minister.

Ale nikt chyba nie zechce jej trzymać za słowo, bo prawda jest taka, że za kadencji Gęsickiej Polska wydała pięć razy więcej pieniędzy z Unii niż przez ostatnie dwa lata. Do końca 2006 r. udało się wybrać projekty, które pochłoną ponad 90 proc. z 12,8 mld euro, jakie UE przyznała nam na lata 2004-06 w ramach funduszy strukturalnych i spójności. Wśród nowych państw unijnych daje to nam piątą pozycję.

Liberał z kalkulatorem

Grażyna Gęsicka jest bezpartyjna. Wcześniej działała w opozycji, w Regionie Mazowsze NSZZ Solidarność, gdzie wraz z grupą socjologów przygotowywała opracowania i odczyty na potrzeby związku. W 1989 r. uczestniczyła w obradach Okrągłego Stołu w komisji ds. górnictwa. Od 1993 r. pracuje w różnych programach unijnych. W rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego została doradcą ministra pracy i polityki socjalnej, a w rządzie Jerzego Buzka — podsekretarzem stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej.

W sierpniu 2001 r. odeszła z rządu. Ponoć dlatego że popadła w konflikt z Jerzym Kropiwnickim, ówczesnym ministrem rozwoju regionalnego i budownictwa. Sama nie chce o tym mówić. Dzisiejszą pozycję w rządzie zawdzięcza poniekąd Janowi Rokicie.

— Jan Rokita zaprosił mnie do zespołu ekspertów, którzy mieli przygotować program rządu PO. Nie było łatwo, bo Rokita to człowiek niezwykle wymagający. Wiecznie poganiał i popędzał. Jednych to może irytować, mnie motywowało. Opracowałam plan wykorzystania unijnych dotacji — mówi Gęsicka.

Tyle że Platforma wybory przegrała, koalicja nie powstała. Paradoksalnie jednak Gęsicka weszła do rządu, bo również politycy PiS od dawna mieli ją na oku i gdyby Rokita nie okazał się szybszy (o kilka dni), to Gęsicka taki sam plan robiłaby dla PiS. Tuż po nominacji Kazimierza Marcinkiewicza na premiera Gęsicka odebrała telefon. Nowy premier oferował miejsce w rządzie.

— Cóż miałam do stracenia? Mogłam realizować program, nad którym sama pracowałam, albo rzucić się do Wisły, wołając, że honor mi nie pozwala, a i tak by nikt nie usłyszał, bo kto wtedy znał Gęsicką? — wspomina niedoszła Wanda.

Dzisiaj wielu przykleja jej etykietkę PO. Ona zarzeka się, że dopóki jest ministrem, nie będzie liberałem. Ale bez przekonania. W końcu liberalizuje dostęp do miliardów unijnych dotacji.

— Praca przy unijnych środkach wyklucza liberalizm. Gdybym miała być liberalna, to powiedziałabym tak: po co nam ta redystrybucja dochodu unijnego, po prostu zmniejszmy podatki, zlikwidujmy połowę aktów prawnych, które niepotrzebnie regulują nasze życie. Inna sprawa, że takie myśli chodzą mi po głowie, ale jestem realistką — mówi Gęsicka.

A koledzy z obecnego rządu nie wytykają współpracy z PO?

— Rząd to nie partia, nikt tu sobie takimi sprawami głowy nie zawraca — odpowiada pani minister.

Naciski polityczne? O, to już inna sprawa. Codziennie do gabinetu Gęsickiej zagląda kilku polityków w nadziei, że uda im się wyskrobać kilka milionów euro dla swojego regionu.

— Dziennie dostaję kilkaset listów z oczekiwaniem, że coś się zainwestuje, albo z protestami, że się nie zainwestowało. Dzwonią do mnie posłowie i senatorowie. Nie ulegam i nie ulegnę. Liczą się kryteria i strategia. Programowanie. Pod stołem nic nie załatwiam — mówi Gęsicka.

A poseł z Włoszczowy też odwiedzał?

— Ja go odwiedzam, bo prowadzi komitet Rady Ministrów. Włoszczowa to kwestia programu regionalnego i odpowiedzi na pytanie: czy inwestycje tam przełożą się na powodzenie województwa świętokrzyskiego? Przełożą się, ale nieliczne. Włoszczowę powinno się przede wszystkim skomunikować ze światem przez internet i umożliwić telepracę — tłumaczy szefowa resortu, skrywając uśmiech na twarzy.

Grażyny Gęsickiej nie cierpi większość ministrów. Jedni z zazdrości, że jej wychodzi, a im nie, inni, zwłaszcza gospodarki i finansów, że wiecznie czegoś od nich chce. Mówią o niej: daj jej palec, połknie całą rękę, a za tydzień poprosi o drugą. Ona twierdzi, że na dobrą sprawę takiego ministerstwa jak jej w ogóle nie powinno być. Niekonwencjonalne myślenie.

— Państwo powinno być sprawne samo z siebie. Jak już się rozdzieli unijne pieniądze, to maszynki administracyjne tak powinny działać, żeby wszystko poszło samo, bez mojej, czyli regulatora, ingerencji — twierdzi Gęsicka.

Nie ma powolutku

Kiedyś Grażyna Gęsicka spóźniła się trzy godziny na Forum Ekonomiczne w Krynicy. Potem przepraszała gości, z uśmiechem tłumacząc, że to przez swoją gorliwość, bo po drodze wszędzie były objazdy z tablicami „Inwestycja przeprowadzana z funduszy unijnych”. Poczucie humoru to jedna z jej cech charakteru.

— Nie ma w sobie nic z typowego ministra, napuszenia. Jest bardzo skromna. Lubi rozmawiać, bo uważa, że rozmowa jest wartością. Ale stroni przed mediami, bo uważa, że nie ma powodów, żeby sprzedawać swoją osobę. Unika samopromocji. To wynika chyba z tego, że nie jest politykiem. Nie buduje kariery na swojej popularności. Nie ma żadnego interesu do załatwienia. Dzięki temu, że robi rzeczy nowe, których nie było, a do tego stara się je robić niekonwencjonalnie, upraszczać, co się da, budzi grozę zwłaszcza wśród urzędników, którzy są przyzwyczajeni, że młyny boże mielą powolutku. Grażyna się na to nie godzi, nie ma, że powolutku — twierdzi Tomasz Nowakowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego.

Pani minister ma swoje nieministerialne zwyczaje. Nie lubi się wysługiwać pracownikami. Często zdarza się, że nikt nie wie, gdzie jest, bo akurat wyszła do sklepu za rogiem po jogurt i bułki.

Jej współpracownicy twierdzą, że ministerstwo przypomina raczej firmę niż urząd.

— Rzadko kto kończy pracę o szesnastej. Nie dlatego że w resorcie panuje dryl. Ludziom jest po prostu głupio wyjść do domu, kiedy widzą, że pani minister jeszcze pracuje. Jest typem człowieka, który sobie nie odpuszcza i tym zaraża otoczenie. A gdy ktoś zawali sprawę, pani minister nie robi awantury. Wystarczy, że okaże rozczarowanie i to jest wtedy najgorsze. Pracuje się jak w firmie — mówi rzeczniczka.

Pani minister nie ma wśród swoich pracowników żadnej zwyczajowej ksywki. Jest „panią minister”, a nie szefową czy Gęsicką, nawet w prywatnych rozmowach urzędników.

Kicz sztuką szczęścia

Skromna. Pierwszą klasą nie podróżuje. Nie stroi się, co niektórzy nawet mają jej za złe. Kiedyś ktoś nawet próbował sugerować jej zmianę image, ale bez skutku. To odbicie jej osobowości — skromnie, ale z klasą. Mieliśmy farta z naszym tekstem, bo pani minister unika publikacji niezwiązanych z tym, co robi. Dlatego chociażby odmawia pismom kobiecym, bo jak sama twierdzi „niby o czym miałabym tam mówić, o wypiekach lub diecie?”. Najchętniej rozmawia o tym, co robi, bo „ministerstwo nie jest od promowania swojej osoby”.

Pani minister ma skromne, acz nietypowe hobby. Kolekcjonuje stare, przedwojenne przedmioty, od biżuterii po meble. Oraz lalki.

— Nie szmaciane, ale gipsowe. Na razie mam trzy, ale trudno je zdobyć. Ostatnio znalazłam jedną na Allegro. Zaraz panu pokażę — mówi pani minister, szperając w komputerze w poszukiwaniu fotek.

— Niedawno odłączyli nam dostęp do Allegro, więc mam utrudnione zadanie — dodaje, nie przestając wertować plików.

W końcu się udaje. Trzy gipsowe lalki, każda inna.

— Prawda, że piękne? Pochodzą z lat pięćdziesiątych i moim zdaniem były trofeum na strzelnicach sportowych. Fajans jest trwały, gips mniej, dlatego ich wartość jest tym większa. Nie mają nazwy, dlatego trudno je znaleźć. Jedną znalazłam na aukcji pod hasłem „kicz” — opowiada pani minister.

— Rzeczywiście mają coś z kiczu.

— Dlatego je zbieram.

— Bo są kiczowate?

— No jasne, przecież kicz jest bardzo piękny. Nie czytał pan „Kicz, czyli sztuka szczęścia” Abrahama Molesa? Kicz może być pozytywny — zapewnia pani minister.

Mieszka w gierkowskim bloku na Woli. Funkcję daczy pełni „chałupka pod Płockiem”, siedlisko, kupiona na spółkę z córką. Książki, muzyka, filharmonia?

— Kiedyś owszem, ale gdy się pędzi na ósmą do roboty i wraca przed północą, to nie ma zbyt wielu możliwości pohulania. Za to jak przestanę być ministrem, nadrobię straty — mówi Gęsicka.

To pogdybajmy. Pierwszy dzień po odejściu z ministerstwa Grażyna Gęsicka spędzi…

— Przede wszystkim zrobię to, co każdy były minister: wyśpię się. Może gdzieś wyjadę. Najfajniejsze będzie to, że nic nie będę musiała sobie planować, myśleć o tym, co zrobię. Zacznę żyć pełnią życia. n

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Luźna niczym studentka