Inflacja znowu wzrosła, a to oznacza, że bank centralny nie będzie łagodził polityki pieniężnej.
Tylko dwa miesiące trwał okres spadku inflacji, po tym jak w maju osiągnęła ona 5-procentowy szczyt. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, w sierpniu roczna dynamika cen znowu przyspieszyła — wyniosła 4,3 proc., wobec 4,1 proc. w lipcu.
Za wzrost inflacji odpowiadają przede wszystkim ceny w kategorii łączność — w porównaniu z lipcem wzrosły o 4,8 proc. Jak tłumaczą analitycy, chodzi głównie o przejęcie Ery przez T-Mobile.
— W sierpniu wygasły promocyjne ceny operatora — wyjaśnia Rafał Benecki, ekonomista ING Banku Śląskiego.
Podniosły się też ceny paliw do środków transportu (o 1,3 proc. m/m) i nośniki energii w mieszkaniach (0,7 proc.). Tych zwyżek nie zrekompensował spadek cen żywności (-1,6 proc.) i ubrań (-2,8 proc.).
W ostatnich tygodniach, odkąd zaostrzyły się zawirowania na rynkach finansowych i pogorszyły perspektywy dla gospodarki, część ekonomistów uznało, że Rada Polityki Pieniężnej (RPP) będzie chciała obniżać stopy procentowe. Wyższa od oczekiwań inflacja sugeruje jednak, że odkręcania monetarnej śruby prędko nie zobaczymy.
— RPP nie zdecyduje się na cięcia stóp przynajmniej do końca tego roku — mówi Anders Svendsen, główny analityk Nordea Emerging Markets Research.
W przyszłym roku obniżki są jednak możliwe. Według wielu ekonomistów, inflacja pod koniec roku zejdzie w okolice 3,5 proc., czyli górnej granicy przedziału akceptowanego przez RPP.