Minęła fala największych obaw – o drogi prąd i gaz, o bezrobocie i recesję – ale utrzymuje się raczej negatywna ocena sytuacji finansowej i planowanych zakupów. Konsumenci na pewno zwiększą w najbliższym czasie zakupy, ale istotne odbicie wydatków na dobra trwałe raczej nie nastąpi szybko. Najpierw zobaczymy prawdopodobnie wyższe wydatki na usługi.

W kwietniu odsetek konsumentów, którzy w comiesięcznym badaniu GUS deklarują oczekiwanie poprawy swojej sytuacji finansowej, wzrósł do 14 proc. z 11 proc. w styczniu. W dołku w październiku zeszłego roku było takich odpowiedzi niecałe 7 proc. Widać zatem poprawę, kierunek jest dobry, ale trudno mówić o optymizmie – to jest odbicie od bardzo głębokiego dna. Na plus można na pewno dodać fakt, że odsetek odpowiedzi neutralnych, wskazujących na oczekiwany brak zmian sytuacji finansowej, zwiększył się od października z 30 do 42 proc.
Polacy wyraźnie lepiej oceniają sytuację ekonomiczną kraju. Na przykład odsetek tych, którzy obawiają się wzrostu bezrobocia, spadł do 36 proc. z 48 proc. w październiku. Jest to poziom obaw, który występował przeciętnie po ustąpieniu pandemii w 2021 r., więc można powiedzieć, że wróciliśmy do normy – nowej normy, bo przed pandemią obawy były nieporównanie niższe. Żyjemy już chyba jednak w innym świecie, bardziej zmiennym, niepewnym i stary błogi spokój nie powróci w ogóle.
Konsumenci ostrożnie deklarują zwiększanie wydatków na ważne zakupy, takie jak podnoszenie standardu mieszkań. Teraz takich osób jest 13 proc., a w październiku było 11. Tymczasem przed pandemią było to ok. 30 proc. Odbicie jest, ale mizerne. Dlatego trudno liczyć na szybkie ożywienie sprzedaży materiałów budowlanych, artykułów wyposażenia czy mebli. Wszystkie sektory gospodarki związane z wydatkami konsumentów na dobra trwałe i artykuły nie należące do kategorii pierwszej potrzeby są w recesji. Żeby tutaj widoczny był jakiś poważniejszy ruch, potrzebne jest mocniejsze ożywienie płac realnych, a to nastąpi wtedy, gdy mocniej spadnie inflacja – pewnie w drugiej połowie roku.
Jednocześnie w badaniach koniunktury w ogóle nie widać ożywienia rynku mieszkaniowego, które trochę jest widoczne w danych o sprzedaży nowych kredytów. Odsetek osób deklarujących chęć kupna mieszkania jest rekordowo niski – wynosi zaledwie 1,9 proc. Rok temu było to 3,6 proc., a w ostatnim kwartale przed pandemią 5 proc.
Można natomiast podejrzewać, że na poprawie nastrojów konsumentów zyskają jako pierwsi usługodawcy. Po okresie oszczędzania przezornościowego konsument najpierw pójdzie do kina, kosmetyczki, restauracji, zanim zdecyduje się na nowy mebel, sprzęt RTV, a co dopiero samochód czy mieszkanie. Badania nastrojów przedsiębiorstw w Europie sugerują, że sektor usługowy doświadcza wyraźnego ożywienia, wiedzionego prawdopodobnie redukcją stopy oszczędności przez gospodarstwa domowe. Tego niestety nie widzimy w badaniach konsumentów GUS, mamy też za mało danych miesięcznych, by ocenić, czy takie zjawisko rzeczywiście występuje. Ale na przykład w marcowych badaniach koniunktury wśród firm widać było znaczącą poprawę nastrojów w branży kultury i rozrywki.
Zakładam, że obecne ożywienie będzie powolne, stopniowo wspierane przez ustępującą inflację cen żywności i energii. Dołek już pewnie minął, choć nie wszystkie branże to jeszcze odczuwają. Producenci i sprzedawcy towarów muszą poczekać na swoją kolej.
