Prezydent i premier zgodnie twierdzą, że warto umierać za pierwiastek i zamierzają do tego przekonać partnerów z Unii Europejskiej. Okazji do tego będzie w najbliższych dniach co niemiara — od spotkania z nowym prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym w czwartek, aż po berlińskie rozmowy z kanclerz Angelą Merkel, by wymienić tylko najważniejsze. Nadziei na skuteczność naszej perswazji nieco mniej, co udowodniło wczorajsze spotkanie premiera z kanclerzem Austrii Alfredem Gusenbauerem.
Rząd Jarosława Kaczyńskiego przy każdej okazji mocno akcentuje twardą obronę narodowych interesów na arenie międzynarodowej. Najchętniej używanym narzędziem w tej obronie interesów jest weto. Okazało się skuteczne, by zainteresować Unię Europejską rosyjskim embargiem na polskie mięso i uskrzydlony tym powodzeniem rząd polski zapowiada weto, jeśli konferencja międzyrządowa nie zajmie się zmianą systemu głosowania w UE. Polska chce zapisany w traktacie konstytucyjnym UE system tzw. podwójnej większości zastąpić systemem pierwiastkowym, preferującym średnie i mniejsze państwa. Polskie stanowisko brzmi: „Jesteśmy gotowi umierać za pierwiastek”. Mocno powiedziane. Może nawet trochę za mocno.
Intencja tak twardego stanowiska jest oczywista — chodzi o to, by mandat dla konferencji międzyrządowej nie zamykał drogi do dyskusji o systemie głosowania, by nie przesądzać o przyjęciu zasady podwójnej większości, która — z polskiego punktu widzenia — stanowi rzeczywiście krok wstecz w stosunku do traktatu nicejskiego. Takie stanowisko jest zrozumiałe, ale droga do umierania za pierwiastek jest dość daleka. Wcześniej chcieliśmy umierać za Niceę. Można więc zadać pytanie, za co rzeczywiście chcemy umierać. Tym bardziej że będziemy umierać raczej samotnie, bo oprócz Polski za systemem pierwiastkowym opowiadają się na razie jedynie Czechy.
System pierwiastkowy ma swoje zalety, dotychczas jednak polski rząd mówił o nich rzadko, wolał raczej podkreślać swoją determinację w jego obronie. I tu chyba tkwi podstawowy problem polskiej dyplomacji. Można odnieść wrażenie, że każde negocjacje na forum UE to dla rządu nie konstruktywna rozmowa z partnerami i sojusznikami, tylko wyprawa wojenna. Stąd wynika zaskakująca chęć do umierania za traktatowe zapisy i wiara w to, że weto jest jedynym skutecznym narzędziem w polityce zagranicznej. Na krótką metę takie podejście może nawet okazać się skuteczne. Na dłuższą — może się okazać, że polska dyplomacja przeprowadza tyleż bohaterskie, co okupione dużymi stratami szarże bez wcześniejszego rozpoznania terenu i przygotowania artyleryjskiego.
Adam Sofuł