Masakra, której nie było

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2005-10-21 00:00

Tłum pożądał taniego towaru, spięci sprzedawcy fury pieniędzy.

Co z tego wynikło?

Zimno, ciemno i nerwowo. Piąta rano. Na Targówku kilka tysięcy mężczyzn zaciska zęby. Stoją. Zjednoczeni: dresiarze i studenci, żulia i inteligenci. Ustawieni w labiryncie barierek. Grupy po kilkadziesiąt osób poprzedzielane brygadami porządkowymi (60 policjantów i 80 ochroniarzy). W tle kordon sanitarny – kilka karetek. Wszyscy czekają. Za godzinę otwarcie pierwszego w Polsce marketu Electro World — tak tanio jeszcze u nas nie było…

— Tomek! Synku, poczekaj! Bo zostaniesz kaleką! Nie masz szans — krzyczy zrozpaczona matka.

Kilkunastoletni chłopiec — o kulach — najwyraźniej po raz kolejny uwolnił się spod opieki matki. Chce wrócić do kolejki:

— Muszę mieć ten telefon! — wrzeszczy.

Ruch jak na Marszałkowskiej. Okoliczne parkingi pękają w szwach. Z minuty na minutę przybywa klientów — podjeżdża wynajęty autobus, wysypuje się zorganizowana grupa zaspanych entuzjastów sprzętu RTV…

— Generalnie po telewizory — informują.

Nakręceni

W sklepie atmosfera napięta. Czas płynie tu o wiele szybciej niż na zewnątrz. Pół godziny do otwarcia. Załoga biega jak w ukropie. Jacek Gruchalski, dyrektor zarządzający Electro World Polska oblegany przez dziennikarzy. Błyskają flesze, pracują kamery. Najczęściej zadawane pytanie: będzie masakra?

— To będzie bardzo przyjazne i bezpieczne otwarcie. Mamy wiele niespodzianek dla klientów, lekarzy — w razie czego. No i kupę dobrego towaru, fantastyczną załogę. Będzie bardzo fajnie — zapewnia wyraźnie spięty szef.

Na 15 minut przed otwarciem cała obsługa zostaje wezwana na dział Telecom. Ostatnia odprawa. Piotr Gajda, dyrektor marketu na Targówku podkręca temperaturę:

— Jacy chcecie być?! — woła.

— Najlepsi! — odpowiada załoga.

— Co chcecie robić?! — kontynuuje.

— Zarabiać pieniądze! — grzmią sprzedawcy.

— I co jeszcze?!

— Dobrze się bawić!!!

Dyrektor Gruchalski tłumaczy, że hasło: „bądźmy najlepsi, zarabiajmy pieniądze, bawmy się dobrze” wzięli z filozofii rozwoju Dixonsa w całej Europie.

— Już tylko 10 minut do otwarcia. Nerwy są?

— Są. To pierwsze otwarcie w Polsce. Musimy dobrze wypaść. Ale myślę, że oprócz nerwów jest cholernie duży entuzjazm wśród załogi! — przekonuje Gruchalski.

Suspens

Szarówka, zimno. Tłum zaczyna falować.

— Spokojnie! I tak wszyscy naraz nie wejdą! — nawołują ochroniarze.

Gdzieś na końcu kolejki awantura. Słychać jakieś krzyki. Szarpanina.

— Byłem na liście! Wczoraj się zapisałem! Nie mogłem stać, bo mnie noga boli! Muszę mieć ten telefon!!! Zawołajcie kierownika! — zalany łzami Tomek nie daje za wygraną.

Naciska ochroniarzy, by wpuścili go bez kolejki. Matka już nawet nie próbuje go powstrzymać. Podchodzi szef ochrony:

— Nie było żadnej listy. Przykro mi…

A w środku już trwa odliczanie. Ostatnie sekundy. Wszyscy gotowi. Cały top management z Dixonsa stoi na palcach w bezpiecznym miejscu. Przyjechali zobaczyć, jak poradzą sobie Polacy...

— 10! 9! 8! 7! 6! 5! 4! 3! 2! 1! Staaart! — słychać odliczanie przez megafony.

W głośnikach rozbrzmiewa „We are the champions”. Otwierają się drzwi i… nie ma dzikiego tłumu, brzęku tłuczonego szkła, trzasku łamanych kości. Wbiega kilkanaście osób. Tuż za wejściem zatrzymują się, rozglądają i każdy spokojnie idzie w swoją stronę. Nie mija minuta i znowu to samo. Po chwili jeden z kasjerów krzyczy entuzjastycznie:

— Pierwszy kupił laptopa!

Paparazzim ręce opadają…

Przed zachodem

Po godzinie sytuacja się nie zmienia. Tłum spokojnie sączy się do środka. Pani z obsługi co jakiś czas powtarza komunikat:

— Szanowni klienci, jeszcze raz informujemy: każdy może kupić tylko po jednym artykule danego asortymentu. Zapraszamy do kas.

— Zakładam, że tak będzie do końca dnia. Bardzo fajne, bezpieczne otwarcie — nie kryje zadowolenia Jacek Gruchalski.

Poszukiwacze sensacji, którym marzył się skandal na miarę promocji w Media Markt czy otwarcia Mega Avansu, są wyraźnie załamani.

— Chcecie mocno pobić konkurencję? Dowalicie im? — nie dawał za wygraną jeden z żądnych krwi dziennikarzy.

— Nie będziemy nikogo bić. Chcemy, żeby klient wybrał lepszego. Zero agresji. Coś jeszcze?

— Na ile szacujecie dzisiejszy obrót?

— Co najmniej kilka milionów złotych…

W sklepie roiło się od cudzoziemców. Ekipy z Czech, Norwegii, Węgier, Szwecji, Anglii stworzyły międzynarodowy zespół wspierający Electro World. Przez kilka tygodni szkolili polskich pionierów. Dzień przed otwarciem do Warszawy przyjechał sprawdzić efekty sam John Clare, prezes DSG International.

— Po wejściu do Polski Electro World ma w tej części Europy do opanowania rynek o populacji ponad 65 milionów ludzi — łącznie z Węgrami i Czechami. Łączymy z nim wielkie nadzieje. To dla nas bardzo ekscytująca faza rozwoju sieci — zapowiadał Clare.

Ostrzegał?