Tłum pożądał taniego towaru, spięci sprzedawcy fury pieniędzy.
Co z tego wynikło?
Zimno, ciemno i nerwowo. Piąta rano. Na Targówku kilka tysięcy mężczyzn zaciska zęby. Stoją. Zjednoczeni: dresiarze i studenci, żulia i inteligenci. Ustawieni w labiryncie barierek. Grupy po kilkadziesiąt osób poprzedzielane brygadami porządkowymi (60 policjantów i 80 ochroniarzy). W tle kordon sanitarny – kilka karetek. Wszyscy czekają. Za godzinę otwarcie pierwszego w Polsce marketu Electro World — tak tanio jeszcze u nas nie było…
— Tomek! Synku, poczekaj! Bo zostaniesz kaleką! Nie masz szans — krzyczy zrozpaczona matka.
Kilkunastoletni chłopiec — o kulach — najwyraźniej po raz kolejny uwolnił się spod opieki matki. Chce wrócić do kolejki:
— Muszę mieć ten telefon! — wrzeszczy.
Ruch jak na Marszałkowskiej. Okoliczne parkingi pękają w szwach. Z minuty na minutę przybywa klientów — podjeżdża wynajęty autobus, wysypuje się zorganizowana grupa zaspanych entuzjastów sprzętu RTV…
— Generalnie po telewizory — informują.
Nakręceni
W sklepie atmosfera napięta. Czas płynie tu o wiele szybciej niż na zewnątrz. Pół godziny do otwarcia. Załoga biega jak w ukropie. Jacek Gruchalski, dyrektor zarządzający Electro World Polska oblegany przez dziennikarzy. Błyskają flesze, pracują kamery. Najczęściej zadawane pytanie: będzie masakra?
— To będzie bardzo przyjazne i bezpieczne otwarcie. Mamy wiele niespodzianek dla klientów, lekarzy — w razie czego. No i kupę dobrego towaru, fantastyczną załogę. Będzie bardzo fajnie — zapewnia wyraźnie spięty szef.
Na 15 minut przed otwarciem cała obsługa zostaje wezwana na dział Telecom. Ostatnia odprawa. Piotr Gajda, dyrektor marketu na Targówku podkręca temperaturę:
— Jacy chcecie być?! — woła.
— Najlepsi! — odpowiada załoga.
— Co chcecie robić?! — kontynuuje.
— Zarabiać pieniądze! — grzmią sprzedawcy.
— I co jeszcze?!
— Dobrze się bawić!!!
Dyrektor Gruchalski tłumaczy, że hasło: „bądźmy najlepsi, zarabiajmy pieniądze, bawmy się dobrze” wzięli z filozofii rozwoju Dixonsa w całej Europie.
— Już tylko 10 minut do otwarcia. Nerwy są?
— Są. To pierwsze otwarcie w Polsce. Musimy dobrze wypaść. Ale myślę, że oprócz nerwów jest cholernie duży entuzjazm wśród załogi! — przekonuje Gruchalski.
Suspens
Szarówka, zimno. Tłum zaczyna falować.
— Spokojnie! I tak wszyscy naraz nie wejdą! — nawołują ochroniarze.
Gdzieś na końcu kolejki awantura. Słychać jakieś krzyki. Szarpanina.
— Byłem na liście! Wczoraj się zapisałem! Nie mogłem stać, bo mnie noga boli! Muszę mieć ten telefon!!! Zawołajcie kierownika! — zalany łzami Tomek nie daje za wygraną.
Naciska ochroniarzy, by wpuścili go bez kolejki. Matka już nawet nie próbuje go powstrzymać. Podchodzi szef ochrony:
— Nie było żadnej listy. Przykro mi…
A w środku już trwa odliczanie. Ostatnie sekundy. Wszyscy gotowi. Cały top management z Dixonsa stoi na palcach w bezpiecznym miejscu. Przyjechali zobaczyć, jak poradzą sobie Polacy...
— 10! 9! 8! 7! 6! 5! 4! 3! 2! 1! Staaart! — słychać odliczanie przez megafony.
W głośnikach rozbrzmiewa „We are the champions”. Otwierają się drzwi i… nie ma dzikiego tłumu, brzęku tłuczonego szkła, trzasku łamanych kości. Wbiega kilkanaście osób. Tuż za wejściem zatrzymują się, rozglądają i każdy spokojnie idzie w swoją stronę. Nie mija minuta i znowu to samo. Po chwili jeden z kasjerów krzyczy entuzjastycznie:
— Pierwszy kupił laptopa!
Paparazzim ręce opadają…
Przed zachodem
Po godzinie sytuacja się nie zmienia. Tłum spokojnie sączy się do środka. Pani z obsługi co jakiś czas powtarza komunikat:
— Szanowni klienci, jeszcze raz informujemy: każdy może kupić tylko po jednym artykule danego asortymentu. Zapraszamy do kas.
— Zakładam, że tak będzie do końca dnia. Bardzo fajne, bezpieczne otwarcie — nie kryje zadowolenia Jacek Gruchalski.
Poszukiwacze sensacji, którym marzył się skandal na miarę promocji w Media Markt czy otwarcia Mega Avansu, są wyraźnie załamani.
— Chcecie mocno pobić konkurencję? Dowalicie im? — nie dawał za wygraną jeden z żądnych krwi dziennikarzy.
— Nie będziemy nikogo bić. Chcemy, żeby klient wybrał lepszego. Zero agresji. Coś jeszcze?
— Na ile szacujecie dzisiejszy obrót?
— Co najmniej kilka milionów złotych…
W sklepie roiło się od cudzoziemców. Ekipy z Czech, Norwegii, Węgier, Szwecji, Anglii stworzyły międzynarodowy zespół wspierający Electro World. Przez kilka tygodni szkolili polskich pionierów. Dzień przed otwarciem do Warszawy przyjechał sprawdzić efekty sam John Clare, prezes DSG International.
— Po wejściu do Polski Electro World ma w tej części Europy do opanowania rynek o populacji ponad 65 milionów ludzi — łącznie z Węgrami i Czechami. Łączymy z nim wielkie nadzieje. To dla nas bardzo ekscytująca faza rozwoju sieci — zapowiadał Clare.
Ostrzegał?
