Miejsce pod atomówkę za dwa i pół roku…

Kamil KosińskiKamil Kosiński
opublikowano: 2013-01-10 00:00

PGE szykuje się do badania terenów pod elektrownię jądrową i kręci nosem na oferty na blok w Turowie.

We wtorek zarząd Polskiej Grupy Energetycznej (PGE) zatwierdził wybór Worley- Parson na wykonawcę badań środowiskowych sejsmicznych lokalizacji wytypowanych dla pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Umożliwia to podpisanie z firmą umowy przez spółkę PGE EJ 1. Badania sejsmiczne mają trwać dwa lata. Miejsce ulokowania atomówki poznamy w połowie 2015 r.

— O tym, że jakaś lokalizacja się nie nadaje, możemy dowiedzieć się wcześniej. Ale by upewnić się, że miejsce jest odpowiednie, musimy przejść cały proces badań — zastrzega Bogusława Matuszewska, wiceprezes PGE ds. strategii i rozwoju. Worley-Parson może skasować do 252 mln zł, z czego w miarę pewne ma 127-167 mln zł. Tyle przewidziano na badania Choczewa i Żarnowca, które są uważane za najpoważniejszych kandydatów do inwestycji.

— W ramach 252 mln zł jest przewidziane badanie dwóch podstawowych lokalizacji i ewentualnie dwóch rezerwowych, gdyby okazało się, że pierwsze dwie nie spełniają wymogów — informuje Bogusława Matuszewska. Budowa elektrowni atomowej to wciąż dość odległa przyszłość. Tymczasem PGE inwestuje w moce konwencjonalne.

Nowy blok ma powstać m.in. w należącej do grupy Elektrowni Turów. Projekt napotkał jednak niespodziewaną przeszkodę: oferty złożone w przetargu przez potencjalnych wykonawców — Alstom oraz konsorcjum Hitachi i Budimeksu — znacznie przewyższyły założenia przyjęte przez PGE. Spółka przewidywała na ten projekt 2,5 mld zł. Tymczasem Alstom oczekuje 4,7 mld zł, a Hitachi z Budimeksem — 5,0 mld zł.

— Te ceny pokazują, że firmy świadczące usługi budownictwa przemysłowego mają się dobrze — lepiej niż te, które chciałyby coś wybudować — komentuje Krzysztof Kilian, prezes PGE. Zarząd na razie nie ujawnia, jak wysokie ceny wpłyną na losy projektu. Zastrzega, że firma potrzebuje czasu na dokładne przeanalizowanie ofert, żeby zidentyfikować źródło podwyżek.

— Nic nie wiemy o wzroście cen krytycznych materiałów czy płac, który uzasadniałby tak wysokie stawki — podkreśla Paweł Smoleń, wiceprezes PGE ds. operacyjnych.

— Niepokojące jest to, że ofert jest tak mało — dodaje Bogusława Matuszewska. Zaznacza, że prawo zamówień publicznych nie daje spółce możliwości negocjowania z oferentami. PGE może tylko przyjąć najtańszą propozycję lub unieważnić przetarg.

— Nie widzę powodów, by firmy budowlane uzyskały tak dużą premię z tytułu tego, że potrzebujemy nowego bloku i mamy tanią technologię wytwarzania energii. Na razie mamy nadmiar mocy i wedle naszych szacunków w latach 2016-17 energii w systemie nie zabraknie — choć mogą się zdarzyć dni, że trzeba będzie kupić jej nieco od sąsiadów, by utrzymać bezpieczeństwo dostaw na odpowiednim poziomie — mówi Krzysztof Kilian.