Milkną działa, mówią politycy i finansiści

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2003-04-15 00:00

Wojna w Iraku schodzi już z pierwszych miejsc serwisów informacyjnych, doniesień radiowych, telewizyjnych i czołówek gazet. Jeszcze potyczki w Tikricie, rodzinnym mieście Saddama Husajna, lokalne walki i awantury z uzbrojonymi szabrownikami, rozważania, czy dyktator żyje, czy rzeczywiście zginął w jednym z nalotów amerykańskich, podejrzenia wobec Syrii czy Rosji są w stanie, chociaż na krótko, zatrzymać uwagę opinii publicznej, ale tak naprawdę to już remanenty. Specjaliści doskonale jednak wiedzą, że wraz z zejściem ze sceny żołnierzy pojawiają się na niej znacznie ważniejsi — z całym szacunkiem dla wojska — aktorzy: menedżerowie i finansiści.

Gazety pełne są więc pytań: jak podzielić ten tort? Tym bardziej że chętnych jest naprawdę wielu. Lista krajów, które ostrzą sobie zęby na iracką ropę i kontrakty związane z odbudową i rozbudową infrastruktury w tym kraju, liczy 58 pozycji. Są na niej oczywiście wielcy wygrani i wielcy przegrani. Ze wskazaniem i jednych, i drugich nie ma tym razem żadnego problemu. Wygrani to alianci: USA, Wielka Brytania, Australia i Polska, oczywiście. Przegrani to niebywale egzotyczna oś: Paryż, Berlin, Moskwa. O ile jednak wygrani, jak podczas działań w Iraku, trzymają się razem, mówią jednym głosem, o tyle przegrani kwilą na trzy głosy, każdy osobno. Myślę, że z każdym dniem będziemy znali coraz więcej uzasadnień dla takiego, a nie innego, zachowania i postawy poszczególnych krajów. Ot choćby długi Iraku. Nie licząc około 200 mld dolarów reparacji wojennych, po niefortunnej wyprawie na Kuwejt 13 lat temu, wynoszą one 116,5 mld dolarów. Do największych wierzycieli należą... Francja i Rosja, solidarnie po blisko 8 mld. Czy można więc im się dziwić, że nawet nie chcą rozmawiać o umorzeniu tych długów? Tym bardziej iż wszyscy mają świadomość, że tylko z eksportu ropy Irak może bez trudu uzyskiwać około 20 mld dolarów wpływów rocznie.

Niezbędna restrukturyzacja długu irackiego, którego cena na rynku międzynarodowym gwałtownie rośnie, może pójść w różnych kierunkach — w którym, tak naprawdę, zdecydują Amerykanie (poprzez przyznanie, lub nie, pomocy finansowej). Zrozumiała staje się więc irytacja Francuzów i Rosjan i determinacja w dążeniu do uczestnictwa w odbudowie Iraku. A przede wszystkim w eksploatacji irackiej ropy. Jest jej, według badań sprzed kilkunastu lat, ponad 112 mld baryłek (drugie zasoby na świecie) i należy do najtańszych w wydobyciu.

Nieczęsto w historii zdarzało nam się znaleźć po właściwej stronie, we właściwym czasie. Teraz się udało. Stąd zrozumiałe oczekiwanie, by już trzymać się retoryki cukierniczej, na okazały kawałek tortu. Zwykle w historii nie udawało nam się skutecznie konsumować owoców nawet tych nielicznych zwycięstw militarnych. Tym razem udział w koalicji, a w konsekwencji, być może, w eksploatacji irackiej ropy i odbudowie infrastruktury tego kraju (na miarę naszego potencjału), połączone z umową offsetową i skutkami ekonomicznymi i finansowymi już tylko decyzji o naszym przystąpieniu do UE mogą stanowić rzeczywistą szansę, istotny impuls wzrostowy. Takiego nagromadzenia korzystnych okoliczności chyba jeszcze nie mieliśmy. A co z tym zrobimy? To już zupełnie inna sprawa.