Mistrzowie w odstawce

Monika Witkowska
opublikowano: 2005-01-28 00:00

15 tys. zł za Gepperta czy Pronaszkę? Ceny obrazów nie były w Polsce tak niskie od lat! Kupuj, na pewno nie stracisz — namawiają marszandzi.

Zastój: tyle da się powiedzieć o sytuacji na rynku. Coraz więcej dobrych obrazów spada z aukcji — nie ma chętnych do zakupów, nikt nie chce wysoko licytować. Niewiele zmieniło wejście Polski do Unii Europejskiej: wprowadzono 7-proc. VAT na obrazy sprowadzane spoza wspólnoty, zakazano wywozu niektórych dzieł poza granice Polski — ożywienia nie widać. Nabywców nie znajdują nawet obrazy mistrzów. Kolekcjonerzy nie zainteresowali się np. wycenioną na 15 tys. zł akwarelą Juliana Fałata „Pejzaż zimowy”, podobnie „Martwą naturą z zającem” (również 15 tys. zł) Zbigniewa Pronaszki, którego obrazy wiszą w najlepszych muzeach. Nie było chętnych na „Pejzaż tatrzański” Leona Wyczółkowskiego za 62 tys. zł...

— Właściciele żądają cen, które mają niewiele wspólnego z dzisiejszymi realiami rynku — twierdzi Iwona Büchner, właścicielka Domu Aukcyjnego Polswiss Art.

A jednak domy aukcyjne przyjmują je do sprzedaży...

— Nie chcą stracić klienta. I tak ceny, które dziś uważa się za rekordowe — np. sprzedane na ostatniej aukcji Polswiss Art za 332 tys. zł „Wilki w nocy” Alfreda Wierusza-Kowalskiego czy kupione za 280 tys. zł płótno Eugeniusza Zaka „Kobieta i pajac” — jeszcze pięć lat temu byłyby znacznie wyższe. Nabywcy zrobili więc świetny interes — podkreśla Iwona Büchner.

To niewątpliwie dobry czas na zakupy.

— Ceny nieruchomości w Polsce są już zbliżone do zachodnich. Za mieszkanie lub dom na warszawskim Mokotowie trzeba zapłacić tyle co w Wiedniu czy Helsinkach. Dobrej klasy samochód kosztuje nawet więcej. A dzieła sztuki? Są niewspółmiernie tanie. Obraz cenionego na Zachodzie artysty wart jest tyle co dom, u nas — tyle co mieszkanie. Ci więc, którzy dziś decydują się na kupno dzieł sztuki, na pewno na tym nie stracą — uważa Wojciech Fibak, właściciel Galerii Fibak & Program, kolekcjoner z 30-letnim stażem.

— Rynkiem sztuki nie rządzą jasne prawa ekonomii — wiele zależy w nim od mody. Jednak ci, którzy dzieła sztuki kupują z myślą o wnukach, na pewno pieniędzy nie stracą, Ci, którzy kupują dla dzieci — robią dobrą inwestycję, a ci, którzy kupują dla siebie —robią to dla przyjemności — podsumowuje Marek Lengiewicz, prezes Domu Aukcyjnego Rempex.

Było, minęło?

W domach aukcyjnych z rozrzewnieniem wspominają początek lat 90., gorącą atmosferę na aukcjach, kiedy po zażartych licytacjach padały rekordowe ceny. Przełomowym momentem była sprzedaż „Orfeusza i Eurydyki” Jacka Malczewskiego za 130 tys. zł. Biznesmeni zaczęli traktować kupowanie obrazów jak lokatę kapitału, nie tylko jak hobby. Do wzrostu cen dzieł sztuki na naszym rynku przyczynił się m.in. Bogusław Bagsik, ówczesny szef Art-B. Wybierał najwartościowsze obrazy — chociaż nie tylko pierwszoligowych malarzy — i płacił za nie grube pieniądze. Buszował po rynku przez rok (1992), ale pociągnął za sobą innych. Na aukcjach zaczęły kupować banki, spółki giełdowe i koncerny.

Najbardziej wówczas spektakularny zysk ze sprzedaży obrazu? 1300 proc.! Na aukcji w 1992 r. obraz Wacława Pawliszaka „Podarunek kozacki” został sprzedany za 24 tys. zł. Dwa lata później uzyskał cenę 100 tys. zł, a trzy lata później — 340 tys. zł. „Dama z klejnotami” Władysława Czachórskiego w grudniu 1990 r. poszła za 10 tys. zł, po czterech latach — odsprzedano ją za 80 tys. zł. Wracające na aukcje obrazy pozwalały oszacować, o ile dało się wzbogacić w ciągu kilku lat.

W listopadzie 2004 r. kolekcja Art-B — po 11 latach w depozycie — poszła pod młotek w Domu Aukcyjnym Agra-Art. Licytacja wywołała chwilowe ożywienie na rynku kolekcjonerskim. Obrazy poszły z wielokrotnym przebiciem. Jednak znawcy sztuki zwracają uwagę, że ceny wyjściowe zostały zaniżone przez likwidatora spółki.

Kolekcja czy lokata

W co dziś inwestować? Na powtórzenie sytuacji z lat 90. nie ma co liczyć. Powinno się myśleć raczej o długoterminowych inwestycjach w sztukę. Czyli kupować dzieła wybitne: malarstwo klasy muzealnej, starą porcelanę, oryginalne meble, ale nie młodsze niż z poł. XIX w. Te obiekty nie stracą na wartości, nie ma też problemów z ewentualnym odsprzedaniem ich w przyszłości.

Polscy kolekcjonerzy niezmiennie od lat stawiają na rodzime malarstwo. Z mody nie wychodzą młodopolscy artyści: Jacek Malczewski czy Stanisław Wyspiański. Nie słabnie zainteresowanie szkołą paryską (Ecolé de Paris) — na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat zdrożały prace Eugeniusza Zaka, Meli Muter, Zygmunta Menkesa, Henryka Epsteina, Leopolda Gottlieba. Nabywców znajdują też obrazy malarzy tzw. szkoły monachijskiej, m.in. Juliusza Kossaka i Alfreda Wierusza-Kowalskiego. Tematyka końska ma ciągle zwolenników... Jeszcze 2 lata temu „kossaki” szły za astronomiczne kwoty, a łączna wartość 10. najlepiej sprzedanych prac Wierusza-Kowalskiego przekroczyła milion dolarów.

A teraz? Za 15 tys. zł zlicytowano „Jockeya na koniu” Eugeniusza Gepperta, którego obrazy wyceniano na 40-70 tys. zł. Nabywcy nie znalazła wyceniona na 4 tys. zł akwarela „Tabun” Józefa Wilkonia.

Talenty na Zachód

Może więc kolekcjonować „młode” malarstwo?

— Za trzecią część przeciętnej pensji można nabyć grafikę, nawet płótno, początkującego artysty. Jednak cały czas pokutuje u nas przekonanie, że dzieła sztuki są tylko dla najbogatszych... — twierdzi Marta Kołakowska z Polswiss Art.

— Krajowy rynek sztuki współczesnej jest jeszcze kruchy. Kolekcjonerzy, kupujący dziś tanio obrazy młodych, będą mieli nie tylko przyjemność z posiadania ich prac, ale również zrobią inwestycję na przyszłość — przekonuje Wojciech Fibak.

A jednak... W ślady artystów, którzy zdołali się przebić na Zachodzie, jak np. Roman Opałka, którego obraz w Nowym Jorku został ostatnio sprzedany za 200 tys. USD, czy Magdalena Abakanowicz, której prace kosztują po kilkadziesiąt tysięcy dolarów, poszli młodzi.

— Za granicą udało się zaistnieć np. Marcinowi Maciejowskiemu, współtwórcy grupy Ładnie. Obrazy jego, Rafała Bujnowskiego i Wilhelma Sasnala, wyceniane początkowo na 1-5 tys. zł, kosztują dziś nie mniej niż kilkanaście tysięcy euro. Dobrze rokującymi artystami są też Robert Maciejuk, Agata Bogacka, Dominik Lejman, Tomasz Tatarczyk czy Laura Pawela. Poza tym — ciągle przybywa młodych twórców... Odkrywanie ich — to jeden z elementów przyciągających inwestorów do sztuki współczesnej — przekonuje Wojciech Fibak.

Misja z gwarancją

Galerie sztuki chętnie podejmują się promocji młodych twórców — nie tylko w Polsce, ale i za granicą.

— Mamy pod swoją opieką kilku młodych artystów. Wystawy prac Marty Węg — absolwentki Europejskiej Akademii Sztuk —udało nam się w minionym roku zorganizować nie tylko w naszej galerii, ale i w Paryżu. Cieszyły się sporym zainteresowaniem. Kibicujemy tej artystce od czasu jej dyplomu. Jej malarstwo zyskuje coraz więcej zwolenników, a ceny obrazów już sięgają 2-10 tys. zł — twierdzi Katarzyna Napiórkowska, właścicielka Galerii Sztuki Napiórkowska.

Pod skrzydłami galerii znalazł się też utalentowany Marek Okrassa — stypendysta Ministra Kultury i Sztuki, nagrodzony honorowym wyróżnieniem fundacji, ustanowionej przez wybitnego polskiego kolorystę Eugeniusza Eibischa.

— Przygotowaliśmy wystawy jego prac w Warszawie i we Florencji. Niedługo będzie mógł zaprezentować je w Paryżu. Na jego płótno trzeba dziś wyłożyć od 2 do 15 tys. zł — podkreśla Katarzyna Napiórkowska.

— Renomowane galerie powinny pełnić rolę przewodników po rynku sztuki współczesnej, ukierunkowywać gusta inwestorów. I jeszcze jedno — kupujący u nas dzieła sztuki mogą być pewni, że nie natkną się na falsyfikaty. Gwarantuję, że po latach przyjmę za wyższą cenę nabyty u mnie obraz — zapewnia Katarzyna Napiórkowska.

Galeria w domu

Początkujący kolekcjonerzy zazwyczaj kierują się emocjami. Podejmują nieprzemyślane decyzje.

— Z czasem — gdy wolnych ścian w domu jest coraz mniej — wybory stają się bardziej trafne — śmieje się Marta Kołakowska.

— Moi znajomi w Polsce rzadko zwracają się do mnie z prośbą, żebym pomógł im dobrać obrazy do willi. A dajmy na to w Nowym Jorku u osób, które prowadzą galerie, cały czas stoi kolejka biznesmenów. Pytają marszandów, co jest modne, co kupować. A ich domy i rezydencje pełne są nie tylko obrazów, ale i zabytkowych mebli. Podobnie w Paryżu — tam nawet przez okna mieszkań można dostrzec ściany całe zawieszone obrazami. Tu jest jeszcze inaczej. Nadal większość woli kupić sobie telewizor plazmowy niż obraz — podsumowuje Fibak.

Teraz jest czas na zmiany.