Rynek wymaga dziś ciągłego podnoszenia kwalifikacji
Po dwóch, trzech latach wiedza traci wartość rynkową. Czy to nie wystarczający powód, by stać się entuzjastą szkoleń?
Skończyłem socjologię na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Studia od początku traktowałem zaledwie jako etap mojej edukacji — świetny punkt wyjścia do dalszych poszukiwań. Bliska jest mi promowana ostatnio przez Komisję Europejską koncepcja life long learning. Chodzi w niej o ciągłe podnoszenie kwalifikacji, ale też o wzięcie samemu odpowiedzialności za swój rozwój intelektualny i zawodowy.
A że na rozwój jesteśmy skazani, to nie ulega wątpliwości. Wszystko przez ten niesłychany postęp, przez dynamiczne zmiany, jakie widzimy wszędzie dookoła — nie tylko w ekonomii czy na rynku pracy. Kto stale nie pogłębia swojej wiedzy, ten szybko wypada z gry. To chyba właśnie na łamach „Pulsu Biznesu” przeczytałem niedawno, że analfabetami XXI wieku są ci, którzy nie chcą się uczyć, oduczać i uczyć na nowo. Wszak wczorajsze osiągnięcia dzisiaj są już przeżytkiem, a z trudem przyswojone nawyki po pewnym czasie wróżą klęskę.
Czego się uczyć
Jeszcze jako student pracowałem w tygodniku „Wprost” Zaczynałem jako researcher. Umiejętność szybkiego wyszukiwania informacji przydaje mi się do tej pory. Dużo czytam książek, gazet, literaturę fachową i beletrystykę. To, co znajduję w księgarni i internecie. Ale najwięcej zawdzięczam kursom i szkoleniom. Uczestniczę kilka razy w roku w dwudniowych sesjach wyjazdowych. Niektóre finansuje firma, inne — ja sam. Taka inwestycja w siebie zwraca się szybciej niż myślimy. Poza tym bardziej cenimy to, za co musimy zapłacić z własnej kieszeni. Grzegorz Turnia, szef firmy BNI, zwykł powtarzać, że dobrze jest czuć „uciekające pieniądze”. Wtedy motywacja człowieka staje się większa.
Samo życie podpowiada, czego się uczyć w danym momencie. Karierę zawodową rozpocząłem od dziennikarstwa. To kazało mi się wgryzać w media, poznawać tajniki zawodu. Kiedy zaś z kolei realizowałem projekt internetowy dla pewnej dużej instytucji, bez reszty pochłonęła mnie komunikacja zewnętrzna. Gdy natomiast zostałem PR managerem, siłą rzeczy musiałem wejść głębiej w świat public relations.
Omnibus do lamusa
Ale wiedza zawodowa to nie wszystko. Polscy menedżerowie są na ogół świetnie przygotowani merytorycznie, za to ich słabym punktem są tzw. kwalifikacje miękkie. Ja nie chcę być jednym z przykładów potwierdzających to spostrzeżenie. Dlatego korzystam z wszelkich warsztatów, treningów, seminariów, których tematyka dotyczy takich kwestii, jak budowanie relacji interpersonalnych, zarządzanie czasem, savoir-vivre, negocjacje.
Stawiam na edukację ukierunkowaną. Nie widzę, na przykład, sensu w ogólnym MBA. Ideałem obecnie nie jest człowiek renesansu, a więc osoba wykształcona w wielu dziedzinach, posiadająca rozstrzelone zainteresowania i pasje. Takim omnibusem można być w dyplomacji czy administracji publicznej, natomiast współczesny biznes idzie w kierunku wąskich specjalizacji. Trzeba się do tego dostosować.
Nie jestem również zwolennikiem obciążania głowy teorią. Wolę konferencje, na których mogę spotkać praktyków: możemy porozmawiać, ich przypadki konfrontuję z własnym doświadczeniem. Z tego samego powodu jestem członkiem internetowej społeczności zrzeszającej PR-owców. To doskonałe miejsce dyskusji, wymiany poglądów, stworzone dla ludzi otwartych na cudzy punkt widzenia.
Które ze szkoleń, w jakich brałem udział, uważam za najciekawsze i najbardziej inspirujące? To sprzed sześciu lat, zorganizowane przez firmę Door w Kazimierzu nad Wisłą. Zastanawialiśmy się tam, co to znaczy być liderem w organizacji. Wówczas zrozumiałem, jak ważna jest proaktywność — czyli nie tyle reagowanie na wydarzenia, ile ich kreowanie.