Do finałów EURO 2012 pozostały 193 dni, czyli już mało czasu na łatanie infrastrukturalnych dziur. W czwartek otwarty zostanie odcinek A2 od granicy w Świecku do Nowego Tomyśla, ale czy 8 czerwca uda się wjechać chociażby prowizoryczną autostradą do Warszawy — zależy od łaskawości zimy.
Ciekawe też, czy na widocznym z okien naszej redakcji spóźnionym Stadionie Narodowym uda się przed finałami zagrać jakikolwiek mecz sprawdzający murawę.
Generalnie jednak okrojone inwestycje EURO 2012 zostaną jakoś oddane lub przynajmniej zaklajstrowane. Fatalnie prezentuje się za to warstwa wizerunkowo-promocyjno-sportowa. Opinię publiczną znowu szokuje Polski Związek Piłki Nożnej. Ledwie wycofał się z kompromitującej próby wyrzucenia orła, a już wszedł w kolejną domniemaną aferę korupcyjną. Tym razem dotyczącą nie ustawiania meczów, lecz przetargów inwestycyjnych. W takich przedsięwzięciach zmowa milczenia pęka wtedy, gdy któryś z uczestników zostaje odstawiony od pieniędzy.
Najśmieszniejsze są tezy oburzonych polityków, że gdyby FIFA i UEFA poznały korupcyjną istotę problemu, to zdjęłyby znad PZPN parasol ochronny. O, święta naiwności… Wspomnijmy choćby znakomicie ilustrujący realia na szczytach futbolu przypadek Mohammeda bin Hammama z Kataru. Gdy rozdając ogromne pieniądze kupił swojemu państewku Mundial 2022, to wszystko było super. Ale gdy spróbował podobnie zainwestować w wygryzienie Josepha Blattera z prezydentury FIFA — okazał się zdrajcą i dożywotnio został wykluczony ze struktur futbolu. Takie są obyczaje najwyższej władzy. Działania PZPN specyficznych standardów FIFA i UEFA nie przekraczają, zatem otrzymujący absolutorium prezes Grzegorz Lato może spać spokojnie.