Puls Biznesu: Prognozy na 2009 r. zapowiadały nadejście tsunami i Armagedonu. Chyba się nie sprawdziło.
Krzysztof Chechłacz, prezes Towarzystwa Ubezpieczeń Euler Hermes: Sprawdziło się. My obserwujemy pogorszenie koniunktury od IV kwartału 2008 r., które pogłębiało się przez cały 2009 r., Przy czym załamanie przyszło nagle. W kilka tygodni przeszliśmy ze stanu szybkiego rozwoju, do głębokiego spadku przychodów, a potem zysków. Ceny spadły o 50 proc. i do tej pory utrzymują się na tym poziomie. Czy to nie jest załamanie? Moim zdaniem tak.
Czy wszystkie branże w równym stopniu odczuły skutki kryzysu?
Dosyć dobrze wygląda branża spożywcza. Żywność, wyłączając dobra ze średniej półki, bo luksusowych kryzys raczej nie dotyka, była i jest kupowana. Drugą branża odporną na wahania koniunktury jest farmacja.
Gdzie jest najgorzej?
W sektorze metalowym, budownictwie. W transporcie samochodowym załamanie nastąpiło długo przed kryzysem i nic nie poprawiło się do tej pory. Jeśli mówimy o kryzysie w branży metalowej to musimy pamiętać, że powiązana z nią jest spora część gospodarki: budowa maszyn, konstrukcje stalowe itd. Sytuacja w budownictwie oddziałuje na produkcję chociażby cementu, betonu, ale również na transport samochodowy. Dużo mówi się o spadku sprzedaży samochodów osobowych, tymczasem w jeszcze większym stopniu dotyczy on samochodów ciężarowych.
Parkingi pełne są samochodów wycofanych z leasingu.
Co więcej, one są droższe niż nowe samochody w salonach. Używany pojazd ma większą wartość niż ciężarówki sprzedawane z dużymi rabatami.
Jak zmienia się moralność płatnicza w kryzysie?
Ona się pogarsza. Widzimy, że firmy starają się zwiększyć zaangażowanie kredytowe, czy poprzez kredyty obrotowe, czy factoring, po to żeby utrzymać odpowiedni czas spłaty. Ale to kosztuje. Dzisiaj trudniej zaciągnąć kredyt, a jak już się uda podpisać umowę z bankiem, to koszty finansowania są znacznie wyższe. Generalnie jednak termin spłat coraz bardziej się wydłuża i powoli, w niektórych przypadkach, firmy dochodzą już do ściany, czyli mówiąc wprost tracą możliwość regulowania zobowiązań. Nie widać tego po liczbach upadłości, ponieważ to co teraz pokazuje się w statystykach to są sprawy jeszcze sprzed kryzysu.
Liczba bankructw będzie rosła?
Z pewnością. My mamy możliwość wglądu w sytuację firm o krok wcześniej, zanim powinie im się mogą, czyli gdy tracą zdolność spłaty zobowiązań. I widzimy kilkakrotnie większą liczbę przedsiębiorstw, które faktycznie są niewypłacalne. Przed rokiem było ich trzy razy mniej. Jeżeli przełoży się to na liczbę upadłości wówczas będzie ich nie 500, jak w tym roku, ale 1,5 tys.
Firmy factoringowe mówią, że o ile średni okres spłaty zobowiązań wydłużył się dwukrotnie w stosunku do ubiegłego roku, do 14 dni, to pozytywną informacją jest to, że już się nie wydłuża. Niemniej faktorzy twierdzą, że sporo firm już nie opóźnia się ze spłatą, tylko po prostu przestaje płacić.
Zgadzam się, że nie widać żadnego pozytywnego trendu. W naszych prognozach na 2010 r. nie zakładamy, że otoczenie makroekonomiczne się poprawi. Zatem liczba upadłości oraz firm, które mają problemy z regulowaniem zobowiązań nie będzie się zmniejszać. A wręcz przeciwnie - wzrośnie. Działamy we wszystkich segmentach gospodarki, z wyjątkiem sektora finansowego, którego nie ubezpieczamy. Mamy więc pełny obraz sytuacji. Zakładamy, że w krótkiej perspektywie nie będzie poprawy i firmy będą borykały się z tymi samymi problemami, co w 2009 r. Ktoś powie, że mijający rok nie był zły. 2010 nie będzie gorszym rokiem, tylko, że będzie to kolejny rok spowolnienia, to oznacza to, że de facto firmom będzie trudniej go przetrwać.
Ale przecież PKB cały czas mamy dodatni.
Pytanie jak to przekłada się na życie jakiejś firmy. W porównaniu wskaźników makro wypadamy bardzo dobrze na tle innych krajów, ale nasze firmy odnotowały tak samo 30-40 proc. spadek sprzedaży jak firmy na Zachodzie. Fakt, że PKB nie jest ujemne specjalnie im nie pomaga.
Trudniej będzie w jakichś konkretnych branżach, czy chodzi o ogólny spadek koniunktury?
Problemy będą po prostu dotykały coraz szerszego kręgu firm. Te, które sobie jeszcze jakoś radziły w 2009 r. mogą nie przetrwać 2010 r. Silne przedsiębiorstwa poradzą sobie jeszcze i w drugim roku kryzysu.
To dość czarny obraz przyszłości.
Nie wiem, czy to jest czarny obraz. Po prostu mamy trudny okres. Z jednej strony trzykrotny wzrost upadłości robi wrażenie, ale przecież na początku tej dekady bankructw było znacznie więcej - 2,5 tys. rocznie. A wtedy było mniej firm niż obecnie Poza tym pamiętajmy, że ogromną większość firm stanowią osoby prowadzące działalność gospodarczą.
Czy to one są właśnie najbardziej narażone na upadłość?
Akurat nie. Ktoś, kto prowadzi działalność na własną rękę musi z czegoś żyć. Jeśli nie zatrudnia pracowników, jakoś sobie poradzi. Ale jeśli ktoś ma kilku zatrudnionych i traci kontrahentów to już jest inna sytuacja.
A mityczne małe i średnie firmy, które nas uratowały przed kryzysem, jak one sobie w rzeczywistości radzą?
To najbardziej doświadczony segment gospodarki. Dużo się mówi, że wiele mu zawdzięczamy, ale mało mu pomagamy. To jest główny segment klientów.
A jaka jest modelowa firma, która dobrze radzi sobie w kryzysie?
To firma o obrotach rzędu kilkunastu milionów złotych, działa dziesięć lat. I daje sobie radę, bo kilka trudnych sytuacji przeżyła. Wiele jednak zależy od segmentu rynku w jakim działa. Oraz otoczenia. Obserwujemy bardzo niepokojące zjawisko polegające na wykorzystywaniu prawo upadłościowego o pozbycia się zobowiązań wobec wierzycieli. Firma tłumaczy problemy kryzysem, otrzymuje zgodę na układ i dalej prowadzi działalność, redukując o połowę długi. Albo upada po to, żeby zmienić formę działania. Takich firm jest dużo.
Ma Pan jakieś dobre wiadomości?
Dobrą wiadomością jest to, że większość firm działa i sobie radzi, że jest grono firm, które już się w tej rzeczywistości odnalazły i jeśli koniunktura się poprawi to bardzo dobrze dla nich, ale jeśli nie - to też przeżyją. Zawsze w takich trudnych czasach sięgamy po jakieś rezerwy, które były niewykorzystane w czasach prosperity. Wiele firm się oczyści, rynek się uporządkuje. Dla tych, które zostaną otworzy się szersze pole do działania, przejęć, fuzji. Jeśli ktoś zgromadził środki finansowe i nie wydał ich w dobrych czasach to teraz może dokonać inwestycji dużo taniej niż dawniej.
Czy to był ciężki rok dla ubezpieczycieli?
Nie pamiętam dobrego roku. 2009 r. był po prostu inny. Sądzę, że mimo wszystko uda nam się osiągnąć dziesięcioprocentową dynamikę sprzedaży ubezpieczeń.
Wyhamowała sprzedaż polis.
My sprzedaliśmy tyle samo co w 2008 r.
Na wyższych marżach?
Dopiero za dwa lata powiem Panu, czy to w co weszliśmy w 2009 r. było dobre. Ale dla nas ważniejsze niż składa jest szkodowość ubezpieczenia.
Portfel w 2009 r. mocno się posypał.
Szkodowość wzrosła dramatycznie. Dane na półrocze, czy które pokazują grupy ubezpieczeniowe pokazują, że szkodowość jest zdecydowanie większa niż rok, dwa i trzy lata temu. Ubezpieczenia podrożały, ale tak naprawdę ceny wróciły do poziomu z lat 2002-04. Nie możemy zapominać, że polisy bardzo taniały. Spadek cen był faktem przez ostatnie kilka lat i przedsiębiorstwa potrafiły redukować koszty ubezpieczenia o połowę w ciągu roku, utrzymując ten sam zakres ubezpieczenia. Obecnie rynek dostosowuje się do sytuacji. Jeśli ryzyko upadłości jest większe to i cena jest wyższa.
Czy firmy będzie stać w przyszłym roku na wykupywanie droższych ubezpieczeń?
Zwykle dopiero wówczas, gdy dzieje się coś złego zauważamy korzyści jakie daje ubezpieczenie. Firmy widzą jak kolejni odbiorcy albo upadają, albo przestają płacić i postanawiają się ubezpieczyć. Tylko, że wchodzenie do ubezpieczenia teraz jest nie jest tanie. To tak, jakby ktoś chciał się ubezpieczyć od powodzi, gdy rzeka już wylała. Klient wchodzi w ubezpieczenie w trudnym czasie. Nie zbudował relacji z ubezpieczycielem, który go nie zna. Dlatego trudniej takiej firmie umowę zawrzeć.
Czy zatem rynek ubezpieczeń w ogóle urośnie w przyszłym roku?
My zakładamy coroczny wzrost sprzedanych polis w naszej firmie o około tysiąc. Nie sądzę, żebyśmy w przyszłym roku nie zrealizowali tego celu. Jeśli chodzi o rynek to myślę, że w 2009 r. wzrośnie w stosunku do 2008 r . o 10 proc., a w przyszłym roku utrzyma taką dynamikę. Sądzę, że można liczyć na ożywienie na rynku ubezpieczeń, że firmy, które wstrzymały sprzedaż polis, zaczną znowu oferować je nowym klientom. Bo ile można ich nie sprzedawać? Ożywienie może być efektem nie tyle chęci co wręcz potrzeby. Pomimo, że niechęć do ryzyka pozostanie to konieczność wymusi szersze otwarcie się ubezpieczycieli na rynek.
2010 r. będzie powtórką 2009 r. Kiedy można spodziewać się realnej poprawy koniunktury?
Najwcześniej w IV kwartale 2010 r., ale uważam, że raczej nastąpi to w 2011 r.