Ostatnie dane makroekonomiczne ze Stanów Zjednoczonych i Chin pokazują, ze zaburzenia produkcyjne wpychają ich gospodarki w dołek. Co ciekawe, na rynkach finansowych nie wywołuje to większego wrażenia. Inwestorzy żyją zupełnie innym tematem – rosnącą inflacją i stopami procentowymi. Hamowanie wywołane czynnikami podażowymi najwyraźniej nie jest traktowane jako coś, co może wykoleić obecny cykl koniunktury.
Chińczycy pokazali w poniedziałek, że ich PKB w trzecim kwartale wzrosło zaledwie o 0,2 proc. wobec drugiego kwartału (to pokazałem na wykresie) i 4,7 proc. rok do roku. Były to dane wyraźnie słabsze od oczekiwań rynkowych. Żeby wykazać wyjątkowość tych danych, warto nadmienić, że przed pandemią tak słaby kwartalny wzrost Chiny zaliczyły ostatnim razem pod koniec lat 90.

Spowolnienie zostało wywołane przez kilka czynników: nawroty pandemii, ograniczenia w dostawach energii, zaburzenia dostaw surowców i komponentów, problemy sektora deweloperskiego. Nie jest to zresztą proces zupełnie nowy, pisałem o nim kilka razy w Danych Dnia w ostatnich miesiącach.
Jednocześnie w poniedziałek słabe dane pokazali Amerykanie. Produkcja w przetwórstwie spadła w największej gospodarce świata we wrześniu o 0,8 proc. wobec sierpnia, co było drugim z rzędu spadkiem – to pierwsza taka sytuacja od wiosny zeszłego roku. Głównym jej powodem są ograniczenia w dostawach komponentów.
Chiny i Stany Zjednoczone różni natomiast sytuacja konsumentów. W Chinach sprzedaż detaliczna wzrosła we wrześniu o niecałe 5 proc. rok do roku, a w USA o ponad 12 proc. Z tego też powodu Chiny notują znacznie niższą inflację cen konsumentów niż USA – 0,7 proc. versus 5,4 proc. Chiny nie robiły tyle co USA w celu stymulacji popytu krajowego, ponieważ mogły swoje ożywienie opierać na popycie zagranicznym.
Czy dołek koniunkturalny w największych gospodarkach świata jest poważny? W krótkim okresie na pewno może być odczuwalny, ale nie wygląda na to, by był traktowany jako początek recesji. Ceny surowców są w trendzie wzrostowym, ceny akcji są stabilne lub rosną, rentowność obligacji również podąża w górę. Współwystępowanie tych trzech trendów wskazuje raczej na pozytywne oczekiwania dotyczące zachowania światowej gospodarki w najbliższym roku.
W ostatnich dniach szczególnie wyraźny był ruch w górę rentowności obligacji skarbowych. Inwestorzy zaczynają wyceniać podwyżki stóp procentowych nie tylko na rynkach wschodzących, ale też w krajach rozwiniętych. Rentowność amerykańskich obligacji dwuletnich wzrosła w ciągu tygodnia o 10 pkt bazowych (0,1 pkt proc.), co jest dużym ruchem jak na ten termin zapadalności. Rynek kontraktów terminowych wskazuje, że istnieje ponad 50-procentowe prawdopodobieństwo, że Fed podniesie stopy procentowe już w drugiej połowie przyszłego roku, mimo że sam amerykański bank centralny komunikował dotychczas, że chciałby to zrobić raczej w 2023 r.
Chiński i amerykański dołek przemysłowy jakby więc nikogo teraz nie obchodził. Zobaczymy, czy słusznie.