Polscy naukowcy mają powód do zadowolenia. Pierwszy w kraju ranking cytowań, opracowany przez prof. Andrzeja Pilca z Krakowa, udowadnia, że wcale nie wleczemy się w naukowym ogonie.
W nauce już dawno skończyła się epoka, kiedy jabłko spadające na głowę uczonego — nawet tej miary co Albert Einstein — mogło być katalizatorem epokowego odkrycia. Dziś każdy mozolnie dorzuca swój kamyczek do naukowego ogródka, w postaci artykułów publikowanych na łamach prestiżowych periodyków.
— Te, które z punktu widzenia nauki są ważne, nowatorskie, są często cytowane. Dlatego świat nauki przyjmuje, że liczba cytowań to najbardziej obiektywna miara istotności danej teorii, odkrycia czy całego dorobku naukowca — tłumaczy prof. Andrzej Pilc, autor pierwszego w Polsce rankingu cytowań uczonych z dziedziny nauk biomedycznych, fizyki, chemii i pokrewnych.
Tu najłatwiej o obiektywizm oceny, bo wszystkie liczące się prace publikowane są po angielsku, a periodyki naukowe są ważnym polem wymiany myśli.
Garfield liczy cytowania
Pomysłodawcą pierwszych takich zestawień był Eugene Garfield, założyciel filadelfijskiego ISI (Institute for Scientific Information), który do dziś monitoruje łamy wszystkich ważnych pism naukowych i wszystkie nazwiska, jakie się na nich pojawiają.
— Pierwsze dane dla Polski KBN (Komitet Badań Naukowych) kupił w latach siedemdziesiątych. Ostatnie otrzymałem dzięki uprzejmości przyjaciół z zagranicy, bo dostęp do dziesięcioletniej bazy danych kosztuje kilkanaście tysięcy dolarów rocznie — mówi Andrzej Pilc.
Za wpływową publikację filadelfijski instytut uznaje artykuł, który zacytowano 50 razy, za klasyka taki, na który powołało się 400 naukowców. Żeby znaleźć się w rankingu Pilca, obejmującego dorobek polskich uczonych w latach 1965- -2001, naukowiec musiał być cytowany ponad tysiąc razy i mieć przynajmniej jedną publikację cytowaną ponad 100 razy. Cytaty musiały dotyczyć badań prowadzonych w polskich instytutach naukowych. Najwięcej cytowań (17 tysięcy!) „zgarnął” prof. Ryszard Gryglewski, farmakolog z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kolejni mają niewiele mniej. Spośród czołowej trzydziestki rankingu, 14 osób pochodzi właśnie z tego ośrodka badawczego, 7 osób z Instytutu Farmakologii PAN w Krakowie, po 5 osób — z Instytutu Biologii PAN w Warszawie i Akademii Medycznej w Warszawie oraz Akademii Medycznej w Gdańsku (4 osoby).
— Ranking wyraźnie pokazał, że wybitni naukowcy mają tendencję do łączenia się w grupy wokół dobrych ośrodków badawczych — mówi profesor Pilc.
Ma nadzieję, że dzięki tej wymiernej ocenie zmieni się polityka przyznawania grantów badawczych — dostaną je ci, którzy udowodnią, że przydają się nauce. To wcale niebanalny problem. Ponad połowa robionych w Polsce badań nie jest cytowana nawet raz — ich finansowanie to czyste marnotrawstwo pieniędzy.
Nie cytują Einsteina
Ale czy w nauce można ślepo ufać cyfrom?
— Nie bardzo — śmieje się profesor Pilc. — Cytuje się to, co jest akurat na topie, czym zajmuje się wielu naukowców. Zdarzają się jednak takie sytuacje, gdy wyniki badań wyprzedzają swój czas. Czasem wybitne prace przechodzą niezauważone aż do momentu, gdy zostaną na nowo odkryte — mówi Pilc.
Klasycznym przykładem jest słynna teoria dziedziczenia Gregora Mendla, która po ogłoszeniu nie zyskała większej popularności. Zainteresowano się nią dopiero na początku XX wieku. Ale bywają i odwrotne sytuacje.
— Teoria zimnej fuzji była niedawno jednym z najpopularniejszych tematów, miała bardzo wysoką cytowalność. Po kilku latach okazało się, że należy raczej włożyć ją między bajki — mówi autor rankingu.
Takie „niewypały” zwykle żyją życiem komety — wypływają na chwilę, by po jakimś czasie zniknąć. Inaczej rzecz ma się z klasykami. Teorię względności uważa się za rzecz tak oczywistą, że nikt nie powołuje się na jej autora ani teksty źródłowe. Einstein nie mógłby pochwalić się wysokim miejscem na liście.
— Za to gdyby zanalizować rosyjskie cytaty z lat 60., palmę pierwszeństwa dzierżyłby pewnie Breżniew — żartuje profesor.
Anegdotami sypie jak z rękawa, bo ranking to jego hobby. Zawodowo profesor już od 30 lat zajmuje się biopsychiatrią.
— Po naukowym światku krąży dowcip, że i tak lepiej być na liście Pilca niż liście Wildsteina — opowiada.
A kiedy znudzi mu się przekopywanie archiwalnych egzemplarzy „Current contents” — pisma wydawanego przez Eugene Garfielda — pakuje plecak i aparat fotograficzny, czasem też raki i liny. Rusza w podróż (ostatnio do Namibii) albo staje pod górską ścianą. Nie zdobywa już sześciotysięczników, ale wciąż lubi wyzwania.
