W tej branży mówi się, że kwiaty są po to, żeby więdły, ale także po to, by puchły portfele. Jarosław Ptaszek od niemal 40 lat buduje potęgę największego producenta kwiatów pod szkłem. Rodzinny konglomerat składa się obecnie z 15 hektarów zadaszonej produkcji, 30 mln kwiatów sprzedawanych rocznie, zysków na poziomie nawet kilkunastu milionów złotych.



Ale są też obawy o to, czy przypadkiem europejski rynek nie wszedł w okres przekwitania.
— Jesteśmy, jako JMP Flowers, w piątce największych producentów kwiatów pod szkłem na kontynencie. Ostatnie lata generowaliśmy wzrost głównie dzięki rozwojowi produkcji storczyków w segmencie premium. Kończymy kolejną szklarnię i na razie czekamy z inwestycjami na poprawę koniunktury — mówi Jarosław Ptaszek, którego potomkowie to już czwarte pokolenie w ogrodniczej familii z nadwiślańskiej Stężycy nieopodal Dęblina.
Koniec Gierka
W tym roku, według szacunków JMP, sprzedaż róż i anturium utrzyma się na stabilnym poziomie, choć przy malejącej rentowności. Przychody krajowego lidera urosną jednak o 10 proc., do około 110 mln zł, przy zysku około 10 mln zł. A to m.in. dzięki uruchomieniu nowych hal do produkcji niszowych odmian storczyków.
— Storczyki w Polsce są wciąż w modzie. Jednak na kontynencie rynek produkcji nasycił się, nie buduje się już nowych szklarni. Każda następna, większa inwestycja oznacza spadek cen tych kwiatów i wyraźny spadek marży. Za Gierka mieliśmy 70 proc. marży, teraz jest 8 razy mniej — twierdzi Jarosław Ptaszek.
Nowe hale posłużą do produkcji miniaturowych orchidei, ale też być może zadomowią się w nich jakieś zupełnie inne kwiaty. Szef JMP nie ukrywa, że nie interesuje go stagnacja. W ostatnich latach na inwestycje, wsparte kredytami, wyłożył 30 mln EUR, hale gospodarstwa Ptaszków naszpikowane są najnowocześniejszą elektroniką i dają pracę 250 osobom.
JMP prowadzi właśnie badania marketingowe i eksperymenty we własnym laboratorium mające dać odpowiedź, na jaki asortyment postawić w nadchodzących latach.
Afryka na różowo
Na razie pewne jest to, że segment różany w Europie zajął się ogniem, a słabość gospodarcza w Europie nie sprzyja kwiatom. JMP eksportuje 85 proc. produkcji.
— Udało nam się swego czasu, jako regionalnemu rodzynkowi, wsiąść do pędzącego pociągu z napisem „Holandia”, bo postawiliśmy na najwyższą jakość produkcji, a nie masowość. Jednak nie pomagają nam m.in. dewaluacja walut u naszych wschodnich sąsiadów, jak też rozwój hodowli róż w Afryce — tłumaczy Jarosław Ptaszek, zwracając uwagę na dziesiątki mniejszych hodowców, także w Polsce, którzy wpadli ostatnio w finansowe tarapaty.
Afryka od kilku lat, po cichu, staje się centrum produkcji róż dla Europy. Tam produkcję przenoszą potentaci z kontynentu. Decydują o tym liczby: koszt pracy to 2 USD za osobę dziennie, budowa szklarni pochłania kilkakrotnie mniejszy kapitał, a transport róż to jedynie 3-8 centów za sztukę. Trwają nawet eksperymenty nad tym, by cięte róże wozić kontenerami z Azji. Jarosław Ptaszek w jednym jednak nie zamierza ustąpić — może zmienić asortyment, ale nie zejdzie z jakości („tanie mięso jedzą psy” — mówi). Najbliższe kwartały poświęci zatem na umiejętne balansowanie biznesu.
— Tu jest jak w Formule 1. Za szybko jedziesz, to tracisz na jakości, niszczysz bolid. Za wolno jedziesz, tracisz na wydajności, gubisz równowagę — tłumaczy współtwórca JMP Flowers.