Po oficjalnym uchwaleniu we wtorek swojej strategii gospodarczej, rząd SLD-UP-PSL rozpoczął jej prezentowanie. W czwartek program został przyjęty do akceptującej wiadomości przez krajową naradę aktywu politycznego. Stoły równo ustawione w sali kolumnowej KPRM, przy nich aktyw centralny i terenowy, otrzymujący kierunkowe wytyczne do realizacji odpowiedzialnych zadań na powierzonych przez partie odcinkach — to jednak przywołuje nostalgiczne wspomnienia epoki minionej...
Adresatami drugiej ścieżki prezentacji, będącej odpowiednikiem dawnych narad aktywu gospodarczego, stały się środowiska biznesowe. Gospodarzem pierwszej narady była Krajowa Izba Gospodarcza, natomiast drugiej, dużo większej — Konfederacja Pracodawców Polskich we współpracy ze Związkiem Rzemiosła Polskiego i Naczelną Organizacją Techniczną. Każdorazowo premier Leszek Miller apelował o efektywne wykorzystanie wszystkich rezerw — jeśli w ogóle jakieś się zachowały po poprzednim rządzie — oraz powtarzał sztandarowe hasło, iż priorytetem rządu jest rozwój a nie konsumpcja. Między wierszami poszukiwał zaś akceptacji dla twardego kursu wobec Rady Polityki Pieniężnej.
Szczególnie po piątkowym spotkaniu premiera ze środowiskami KPP, ZRP i NOT automatycznie nasuwa się pytanie: jaka jest efektywność zgromadzenia na mniej więcej dwie godziny takiej masy ludzi? Przecież happeningi tego rodzaju merytorycznie nie mogą przynieść żadnego pożytku, choćby ze względu na wyrywkowość i przypadkowość problemów podejmowanych przez dyskutantów — od obciążenia pracodawców kosztami zwolnień lekarskich do 35 dni aż do eksportu pomidorów. Poza tym warto zwrócić uwagę, że wszyscy zebrani prezesi i menedżerowie — zwłaszcza ci spoza Warszawy — musieli wyrwać ten dzień z normalnego harmonogramu pracy. Wytłumaczenie jest tylko jedno — widocznie rząd ogromnie cierpi na niedostatek uznania i poparcia dla swoich działań. Z kolei środowiska pracodawców i przedsiębiorców mogą się podbudować, iż spełnia się ich główny postulat — traktowane są przez władzę po partnersku. I w ten sposób obie strony robią sobie dobrze.
W korowodzie chwalców strategii gospodarczej rządu — z których tylko nieliczni naprawdę wiedzieli, o czym mówią, albowiem pełna wersja dokumentu pojawiła się w Internecie zaledwie dzień wcześniej — w pewnym momencie coś niespodziewanie zazgrzytało. Oto reprezentantka jednego ze stowarzyszeń naukowo-technicznych zwróciła się do premiera Leszka Millera z następującą prośbą: „Oby ten pana rząd nie uruchomił inflacji. Jak zostawicie w spokoju RPP, to my sobie damy radę. Niech te nasze pieniądze będą coś warte”. Czemu jej wypowiedź tak odbiegła od ogólnej atmosfery wzajemnego zrozumienia i zaufania prezydium i sali? Odpowiedź trawestująca klasykę filmową brzmi — bo to zła kobieta była.
Jeśli się jednak głębiej zastanowić, to dochodzi się do wniosku, iż były to najmądrzejsze zdania, jakie ktokolwiek sformułował w toczącej się od kilku miesięcy rozgrywce między dwoma konstytucyjnymi organami naszego państwa.