Niemiecka zagrywka pogrążyła giełdy i euro

Adrian Boczkowski
opublikowano: 2010-05-20 00:00

Zakaz krótkiej sprzedaży bez wcześniejszego pożyczania walorów wystraszył traderów. Emocje wzięły górę, oberwało się też złotemu

WIG20 doszedł podczas wczorajszej sesji do dołka z początku maja, spadając chwilowo o 3,8 proc. Od samego rana obroty były do tego wysokie, choć głównie skupiły się na blue chipach (zaangażowanie zmniejszała zagranica). Zniżki na innych europejskich parkietach nie były dużo niższe. Wyceny wielu spółek wróciły więc do wartości sprzed ogłoszenia planu stabilizacyjnego dla strefy euro (750 mld euro). Wcześniej w Azji indeksy również pogłębiły spadki, choć łagodniej.

Powrót strachu na rynki było widać już wieczorem naszego czasu we wtorek, gdy początkowe wzrosty na sesji w USA zamieniły się w dość duże spadki (1-1,5 proc.). Amerykańskie indeksy nerwowo zeszły pod kreskę również na początku wczorajszego handlu. Wszyscy wskazują, że winny jest Bundesanstalt für Finanzdienstleistungsaufsicht (BaFin), czyli niemiecki nadzorca rynku (w Polsce to KNF). To on wprowadził na rynek falę spekulacji i domysłów na temat ewentualnych kolejnych trupów w szafach strefy euro. Wyprzedaż wspólnotowej waluty zepchnęła kurs EUR/USD do czteroletniego minimum (1,21). Kurs dolara doszedł wczoraj przed południem do 3,36 zł (skok o 15 gr w 24 godziny), a euro — do 4,09 zł (10 gr).

Wszystko przez wprowadzenie od wczoraj do minimum końca marca przyszłego roku zakazu "nagiej" krótkiej sprzedaży (sprzedaż bez wcześniejszego pożyczania papierów) w przypadku akcji 10 największych niemieckich banków i ubezpieczycieli oraz obligacji rządów strefy. Zakazano również zakupu niezabezpieczonych CDS-ów (credit default swaps w praktyce rekompensują niewypłacalność dłużnika). W oczach rynkowej większości był to akt rozpaczy i paniczna próba ratowania sytuacji w obliczu czekających strefę euro wstrząsów.

Dobre dane makro i wyższe od konsensusów zyski spó- łek (szczególnie w USA) zeszły na bok. Wydaje się, że rynek nie wierzy w powodzenie pakietu stabilizacyjnego dla Eurolandu. Pojawiają się głosy o tym, że potrzebny będzie kolejny. Dodatkowo, mocniej niż oczekiwano, spadł niemiecki wskaźnik ZEW, co wpisało się w czarny scenariusz dla rynków. Czy fala pesymizmu jest uzasadniona? Wiele wskazuje na to, że nie.

Przede wszystkim, trudno oczekiwać rozpadu strefy euro. Słowa Angeli Merkel, niemieckiej kanclerz, o euro w niebezpieczeństwie padły podczas politycznej debaty nad udziałem Niemiec w programie stabilizacyjnym dla Eurolandu (wkład naszych sąsiadów ma wynieść do 148 mld euro). Tymczasem raczej nikt nie wątpi, że program wejdzie w życie, bo opłaci się zarówno Niemcom i Francuzom, jak i Grekom, Hiszpanom czy Włochom. Poza tym, ogólnorynkowa panika po wprowadzeniu ograniczeń krótkiej sprzedaży nie ma uzasadnienia. Tym bardziej że zakaz dotyczy tylko grupy transakcji dokonywanych w Niemczech. Co więcej, są to tran-sakcje o mocno spekulacyjnym wydźwięku. Sprzedawało się bowiem papiery, których fizycznie nigdy się nie miało. Krótka sprzedaż pożyczonych walorów, sprzyjająca płynności rynku, którą lada moment zamierza wprowadzić GPW, nadal jest w Niemczech możliwa. Niezadowolenie banków inwestycyjnych zza oceanu było zrozumiałe. Duzi gracze są w trakcie rozgrywki na spadek EUR/USD i zaufania do europejskich obligacji. Mają więc obawy przed wprowadzeniem podobnych ograniczeń w Londynie, Nowym Jorku i Tokio, czyli głównych centrach rynków finansowych. To ograniczyłoby potencjał zysków wielu globalnych instytucji.

Tymczasem Niemcy ze sztandarem walki z destrukcyjnymi siłami na rynkach finansowych są osamotnione. Europejscy decydenci odżegnują się od ograniczania czegokolwiek. Wygląda więc na to, że Niemcy chcą dmuchać na zimne. Jednak bez międzynarodowej współpracy decyzja BaFin znaczy bardzo niewiele. Wciąż można przecież stosować "nagą" krótką sprzedaż wobec niemieckich papierów notowanych na innych rynkach. Nikłe znaczenie ma również ostatni spadek indeksu ZEW (wciąż jest jednak na solidnym plusie). Obrazuje on jedynie nastroje w branży finansowej, na bazie których trudno było w ostatnich latach budować zyskowne strategie inwestycyjne (duże wahania korelacji z indeksami i przesunięć czasowych).