Niewygodna rocznica

Jacek Zalewski
24-10-2006, 00:00

W dalekim tle obchodów 50. rocznicy węgierskiego powstania narodowego przebijają się wspomnienia o październiku 1956 w Polsce. Obchody w naszym kraju skoncentrowały się na uczczeniu w czerwcu półwiecza tragedii Poznania, październik zaś okazuje się w IV Rzeczypospolitej rocznicą niewygodną i niegodną nagłaśniania — postrzegany tylko jako rozgrywka o władzę w PZPR.

Faktem jest, że towarzysz Władysław Gomułka ps. Wiesław witał 24 października 1956 r. masy ludzkie na placu Defilad „w imieniu Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej”, a tuż za nim stał na trybunie m.in. sowiecko-polski marszałek Konstanty Rokossowski. Ale nie da się zanegować, że było to największe świeckie zgromadzenie w dziejach Polski, szacowane na czterysta tysięcy uczestników. Nawet jeśli te dane skorygujemy w dół, to wyżej frekwencyjnie stoją tylko msze papieskie. Co najważniejsze — owe rzesze ludzkie zgromadziły się przed Pałacem Kultury i Nauki całkowicie spontanicznie, podobnie jak potem równie spontanicznie zatrzymywano pociąg z Gomułką, triumfalnie wracającym z rozmów w Moskwie.

Od tamtej epoki historia kilka razy zatoczyła koło, zmieniły się ustroje, sytuacja geopolityczna Polski etc. etc., ale istnieje kategoria ponadczasowa, łącząca siermiężny socjalizm towarzysza Wiesława poprzez kolejne fazy PRL i transformację ustrojową od roku 1989 z dzisiejszą mityczną IV RP — mianowicie umiejętność roztrwaniania kapitału zaufania. Potwierdza się przy tym prawidłowość, że im skuteczniej polityczne iluzje wciągają naiwne społeczeństwo, tym głębsze jest późniejsze rozczarowanie niepowodzeniem, a upadek kolejnego idola staje się bardziej bolesny.

Przywołajmy tylko te od roku 1989. Pierwszą wielką porażką Polski była prezydentura Lecha Wałęsy, którego pod koniec kadencji najmocniej opluwali krzyczący w czasie kampanii wyborczej najgłośniej „Lechu, Lechu”. Personifikacją takich postaw był Jarosław Kaczyński, ówczesny prezes Porozumienia Centrum. W następnych latach spektakularnymi klęskami zakończyły się rządy Jerzego Buzka i Leszka Millera. Na starcie obaj premierzy, wywodzący się z tak różnych ugrupowań, mieli złoty róg i czapkę z piór, ale na końcu kadencji ostawał im się ino polityczny sznur. Oceny tej nie zmienia okoliczność, że Buzek po kilku latach wrócił jako europoseł — właśnie dzięki odniesieniom do dna osiągniętego przez jego następcę Millera.

Obecnie gospodarcze i cywilizacyjne iluzje roztaczają budowniczowie IV RP. Nie mają szans na zgromadzenie przed Pałacem Kultury i Nauki takich tłumów, jakie oklaskiwały pół wieku temu tow. Wiesława, ale trudno się nawet ich spodziewać — w epoce dominacji mediów elektronicznych ludziom wystarcza przekaz pośredni. Ale ten medal ma drugą stronę — powszechny obieg informacji gwałtownie przyspiesza także wzloty i upadki polityków. Pierwszym nerwowym sygnałem, że źle się dzieje, jest nadużywanie przez władzę prawa do telewizyjnych wystąpień w najlepszym czasie antenowym, które powinny być zarezerwowane dla tematów naprawdę ważnych. Chowanie słabości rządu za telewizyjnymi mowami stało się ulubionym narzędziem premiera Leszka Millera, a teraz podobny styl przyjął premier Jarosław Kaczyński.

Fakty i tak bezlitośnie weryfikują telepropagandę. Na pytanie o roczny dorobek swoich rządów ekipa Prawa i Sprawiedliwości udziela odpowiedzi jak nagranej na płytę: „No jak to, przecież Centralne Biuro Antykorupcyjne, Wojskowe Służby Informacyjne…”. I na tym krótka lista osiągnięć się wyczerpuje, pytania zaś o perspektywiczną wizję gospodarczą mają charakter retoryczny.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Niewygodna rocznica