O dzieciach mowa

  • Aleksander Krawczuk
opublikowano: 29-06-2007, 00:00

Coraz rzadziej w Polsce rodzą się dzieci. Przybywa starców. Nienowe to zjawisko w historii. Usiłował się z nim uporać już cesarz August.

Piękna wieś gorczańska, w której od lat przemieszkuję corocznie wiele miesięcy, miała do niedawna dwie szkoły. Stara okazała się po wojnie o wiele za szczupła dla coraz liczniejszych roczników; zbudowano jakieś 40 lat temu drugą, nowoczesną. Lecz przyszedł niespodziewanie czas, że trzeba było tę szkołę zlikwidować: za mało dzieci. Uznano, że wystarczy dawna, że bardziej opłaci się dowozić tam uczniów autobusem. Podobne sytuacje zdarzają się obecnie jak Polska długa i szeroka. W tym wszakże wypadku, gorczańskim, zachodzą dwie okoliczności nietypowe.

 

Przede wszystkim: rodziny góralskie w Małopolsce odznaczały się zawsze wyjątkowo dużą dzietnością. I oto kryzys demograficzny także tu sięgnął. W miastach już nikogo nie dziwi. Oto w jednej z parafii krakowskich, w Podgórzu, zmarło w zeszłym roku ponad l00 osób, chrztów było niemal o połowę mniej, ślubów zaś — nieco ponad 30. Po drugie: w dawnej „nowej szkole” prywatni przedsiębiorcy otwierają dom spokojnej starości! Tylko przyklasnąć. Piękne położenie, górskie powietrze, szczególne właściwości zdrowotne, dobra komunikacja z Krakowem — zaledwie godzina drogi samochodem. Jednakże owa zmiana szkoły na dom złotej jesieni ma wymowę wręcz symboliczną.

 

W mediach dziś sporo i często o dramatycznym spadku urodzeń w naszym kraju. Podaje się, jakie będą skutki ekonomiczne, iż coraz szczuplejsza liczba pracujących będzie musiała utrzymywać coraz więcej emerytów i przyczyny tak gwałtownego załamania się przyrostu ludności. Rzadziej jednak spotykamy się z pytaniem, dlaczego w minionym 40-leciu ów przyrost tak szedł w górę. A był to przecież czas trudności i kłopotów materialnych w naszym kraju. Brakowało mieszkań w skali dziś niewyobrażalnej, powtarzały się kłopoty z zaopatrzeniem w podstawowe artykuły żywnościowe, zwłaszcza w mięso, masło, cukier. Żadna matka nawet nie marzyła wówczas o udogodnieniach, powszechnie dziś dostępnych, nawet w domach o skromnych dochodach. Pampersy, pralki automatyczne, ubranka, lekkie wózeczki, cudowne zabawki — kto o tym słyszał? A z drugiej strony: dostęp do zabiegów aborcyjnych był wtedy łatwy. Mimo to przyrost naturalny zadowalał z naddatkiem. I tak to trwało aż głęboko w lata 80. Jakie były przyczyny?

 

Jeśli ktoś postawi to pytanie, najczęściej usłyszy odpowiedź, że wysoka dzietność jest typowa dla krajów ubogich. I że obecny jej spadek wynika z rosnących ambicji kobiet (samodzielna kariera zawodowa). A także z ogromnej oferty wszelkich radości życia, jakie daje nasza rzeczywistość. Zazwyczaj młody człowiek sięga najpierw po dobra materialne. Dziecko „może poczekać”. I czeka, często wszakże zbyt długo. Można do tych przyczyn dodać strach przed utratą pracy i bezrobociem, dawniej właściwie nieistniejący. Ale i w tamtym okresie kobiety w ogromnej większości pracowały, a decydowanie się wtedy na dziecko oznaczało w praktyce pogorszenie i tak trudnych warunków mieszkaniowych i finansowych. Zapewne więc chodzi o splot najróżniejszych czynników: socjalnych, psychologicznych, gospodarczych, które wzajem wzmacniają swe działanie.

 

Kryzys demograficzny… Bywały już takie okresy w historii. Powtarza się dziś — w większej skali — sytuacja Rzymu sprzed dwudziestu wieków. Spadek urodzin był wówczas, zwłaszcza w wyższych warstwach, tak gwałtowny, że usiłowano mu zaradzić. Sławna ustawa cesarza Augusta z r. 18 p. n. e. nakładała obowiązek wstępowania w związki małżeńskie na mężczyzn w wieku lat 25-60 i na kobiety w wieku lat 20-50, a także posiadania przynajmniej jednego dziecka. Chodziło o przedstawicieli stanów wyższych. Osobom ignorującym ten „imperatyw” groziły pewne ograniczenia i trudności — np. w prawie do spadków i darowizn. Kobiety mające troje dzieci miały cieszyć się — według osobnych ustaw — przywilejami.

 

Owe zbożne usiłowania wynikały z chęci odrodzenia ideału i cnót strorzymskiej, wielodzietnej rodziny. Realizacja takich pragnień drogą administracyjną zawsze kończy się niepowodzeniem. Możemy zrozumieć cesarza Augusta i jego współczesnych, przerażonych spadkiem urodzin wśród rodowitych Rzymian i eksplozją demograficzną ludności napływowej, zwłaszcza wschodniego pochodzenia. Sprowadzano ich masowo jako tanią siłę roboczą w roli niewolników, głównie z krajów Bliskiego Wschodu. Inni przybysze przychodzili sami w poszukiwaniu lepszych warunków i kariery. Dokonywała się orientalizacja społeczeństwa —etniczna czy obyczajowa. I religijna. Szerzyły się kulty egipskiej Izydy, irańskiego Mitry, małoazjatyckiej Wielkiej Matki Bogów, a także chrześcijaństwo, ostatecznie zwycięskie. Warstwy wyższe zdawały sobie z tego sprawę. Stawały w obronie dawnych wierzeń oraz drogich im, zresztą wyidealizowanych, wartości starorzymskich. Ale owi idealiści byli z pokolenia na pokolenie coraz mniej liczni, sami też stopniowo ulegali obcym kultom i obyczajom.

 

Czy historia się powtórzy? Według niektórych, coś podobnego już się dzieje. I nie pomogą żadne ustawy, administracyjne nakazy i zakazy. Niż demograficzny wydaje się zjawiskiem trwałym. A ponieważ natura nie znosi próżni, zjawiają się przybysze — i to już nawet nie z Bliskiego, lecz aż z Dalekiego Wschodu. Sam cesarz August niewiele by tu zdziałał. Ani też ustawa o obowiązku zawierania małżeństw czy ta o przywilejach, jakie daje trójka dzieci. Trzeba zatem filozoficznie pogodzić się z tym, że kolejne szkoły będą się zamieniały w prywatne domy spokojnej starości.

 

O tym wszystkim dumam, patrząc z przyzby swojego domku na ową pobliską, dawną szkołę. Może i mnie by się opłaciło kiedyś tam przenieść? Tylko co zrobić z książkami?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu