Doniesienia prasowe o możliwości ograniczenia przez Moskwę importu różnych towarów z Polski zszarpały nerwy polskim przedsiębiorcom. I na razie tylko nerwy. Do szarpania portfeli jeszcze nie doszło — chociaż istnieje pewne zagrożenie spełnienia tych gróźb — i wydaje się, że droga do tego daleka. Rozszerzając embargo na kolejne polskie towary, Rosja poważnie ryzykuje konflikt, a przynajmniej ochłodzenie stosunków z Unią Europejską. Nic nie wskazuje na to, żeby Władimirowi Putinowi na takim konflikcie zależało, więc z tego punktu widzenia można wtorkowe publikacje „Kommiersanta” potraktować jedynie jako prężenie muskułów i zagrywkę psychologiczną.
Zapowiedzi rozszerzenia embarga nie można jednak zupełnie zlekceważyć. Nie tylko dlatego że w polityce często oprócz zimnych kalkulacji liczą się także emocje. Licytując wysoko, można czasem przelicytować. W tej rozgrywce takie ryzyko dotyczy zarówno Polski, jak i Rosji. Także dlatego że doniesienia rosyjskiej prasy można równie dobrze potraktować jako test unijnej solidarności. Putin, który niechętnie powitałby konflikt z Unią, wie równocześnie, że Unia jeszcze mniej chętnie ochłodziłaby stosunki z Rosją. Można to więc odczytać jako nacisk nie tyle na Polskę, by spuściła z tonu w sprawie mięsa, ile na UE, by spacyfikowała niesfornego członka wspólnoty europejskiej, który blokuje porozumienie handlowe między Unią a Rosją.
Wojna handlowa z Rosją, jaką zapowiada „Kommiersant” (bo trudno określić inaczej ograniczenie importu o połowę metodami administracyjnymi), to odległa perspektywa, nie znaczy to jednak, że rząd nie ma problemu. Tu otwiera się pole do działania dla naszej dyplomacji — i to zarówno w Rosji, jak i na forum unijnym. Trudno być optymistą, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że dotychczas polski rząd raczej nie miał powodzenia
w znajdowaniu sojuszników w wewnątrz-
unijnych rozgrywkach. Za to konfliktów (wewnątrzunijnych) namnożyło się aż nadto. Główny ciężar tej batalii będzie musiał wziąć na barki kierowany przez Annę Fotygę resort spraw zagranicznych i oby był zręczniejszy niż dotychczas i sięgał po różne środki dyplomatyczne, a nie jedynie po weto.
Można sobie bowiem wyobrazić i taki scenariusz, że zablokujemy na dobre porozumienie Rosja — UE, a granice dla polskiego mięsa (i nie tylko) pozostaną zamknięte. Może się też okazać, że mięso będzie naszym najmniejszym problemem, jeśli wziąć pod uwagę rosyjsko-białoruski spór o opłaty tranzytowe za przesył ropy i wyrażane już otwartym tekstem sugestie o perspektywie wyłączenia z eksploatacji rurociągu Przyjaźń. Szykuje się dyplomatyczna symultana na co najmniej kilku szachownicach. Trudno się nie zgodzić z premierem Kaczyńskim, że sankcje wobec Polski byłyby sankcjami wobec Unii. Trzeba tylko — bagatela — przekonać do przyjęcia tego za pewnik i Unię, i Rosję.
Adam Sofuł