Świat według Gałkiewiczów: zdegenerowane układy sądowniczo-prokuratorsko-policyjno-polityczne. Koszmar?
„Od skorumpowanych wójtów bezdusznych i bezwzględnych — zachowaj nas Panie. Od pazernych, chciwych, nieuczciwych i mściwych przewodniczących Gminnej Rady — wybaw nas Panie. Sprawiedliwość niech chleb w rękach waży sprawiedliwa, dobra dłoń. Niech się krzywda, korupcja ni zdrada w naszym Rzgowie nigdy nie zdarzy. Ciebie Boga prosimy, wysłuchaj nas Panie”.
Według Anny Gałkiewicz, autorki książki „Fenomen Rzgowa”, tę suplikację odmawiają ostatnio mieszkańcy podłódzkiej miejscowości — w chwilach zwątpienia. I bacznie obserwują sprawujących władzę, szczególnie ich twarze i ręce.
Za 300 metrów
Zimny listopad, środek nocy. Zadzwoniła ochrona, że zgraja oprychów łupi rośliny: „Podstawili furę, ładują towar na pakę”. Zaspany Zbyszek wyrwał z łóżka jak oparzony. W pidżamie. Przed domem Andrzej już czekał w odpalonej terenówce. Wydarli kilka kilometrów w głąb posiadłości; cichcem zajechali drani od tyłu. Wypad z auta, na oślep. Naraz korzeń — i twarzą w glebę. Ciemno. Więc po omacku. Jakaś gromada legła pokotem.
— Swoi?
— Morda w kubeł — złodzieje uciszali, walili kołkiem przez łeb.
Wrzask. Nadbiegli ochroniarze z młodszym bratem. Ostre mordobicie. Banda wiała przez betonowe ogrodzenie na stalowe zasieki. Starszy Gałkiewicz pognał za nimi. Poturbowany, ociężały (142 kilogramy utytłane błotem — w rozszarpanej pidżamie), ale zawzięty:
— Jeden nawalony jak szpak, potykał się. Dorwałem go i padłem jak przecinak… Kabaret to mało!
„Łooo Jezuuu! Policjaaa!!!” — darł się w niebogłosy przygnieciony bandzior. Stróże prawa, poniewczasie, przybyli. Zwinęli przyłapanego zbira.
Po kilku tygodniach do Zbigniewa Gałkiewicza przyszło wezwanie z sądu (żona otworzyła): „w charakterze oskarżonego”!
Pojechał na sprawę:
— Komuś się — za przeproszeniem — popieprzyło, wysoki sądzie.
Złodziej miał żebra połamane. Stąd zarzut przekroczenia granic obrony koniecznej. Konsternacja:
— Być może, jak na niego siadłem? Ale serce mi tak waliło — myślałem, że zdechnę z bólu! Niech wysoki sąd przebiegnie z moją wagą 300 metrów po polu krzaków!
Sędzia ponoć wył ze śmiechu. Nieugięty, pabianicki prokurator domagał się jednak dwóch lat więzienia. Zaskoczony biznesmen komentuje: „Jak się kilku typów, tych co kradli, dogada, to człowieka oskarżą o zjedzenie własnej teściowej. Można sobie udowadniać — że nie smakowała”.
Zbigniew Gałkiewicz:
— Dostałem pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Srał to pies!
Grażyna Gałkiewicz:
— I kradli dalej…
Genotyp
W Łódzkiem każdy biznesmen rozwozi kanapki po urzędach. Kanapki? Taki pakiecik długości banknotu. Jego grubość zależy od chytrości. Nie, nie petenta. Opowiada o tym cała rodzina Gałkiewiczów. W biurowcu Polrosu pod Rzgowem koło Łodzi.
— Od zawsze dawaliście łapówki w urzędach?
Zbigniew Gałkiewicz:
— Ja bym dawał, tylko brat nie chce! A korumpowałbym lepiej niż inne ptaszki. Logika podpowiada: wszyscy kradną! Po co się stawiać? Ale to gdzieś w genach cholera ten opór — oczywiście niesłuszny. Bo oni mają rację, nie my!
— Jak to było z ABW? Kto do kogo przyszedł?
— Najpierw był CBŚ. Dostali wszystkie informacje. I zapadła dziwna cisza.
Grażyna Gałkiewicz, żona Zbigniewa, nie wytrzymuje:
— To ja poprosiłam ABW o kontakt. I koniec! Tyle możemy powiedzieć. Nie ujawnimy przez kogo i jak.
— O co pytali w ABW?
— Najpierw o Pęczaka. Nagrywali go w sprawie Dochnala. Byliśmy odpryskiem tej całej zabawy.
— A dziennikarze dowiedzieli się o wszystkim od was czy od ABW?
— Z prasą nie kontaktujemy się od dobrych pięciu lat. Albo i więcej. Wy tylko potraficie pisać, że Gałkiewicz jest nielegalny, nieuczciwy i złodziej — gorycz przemawiała przez pana Zbyszka.
Wątki ABW
Lipiec 2004. W siedzibie łódzkiej delegatury ABW: bracia Andrzej (53 lata) i Zbigniew (54 lata) Gałkiewiczowie z Rzgowa. Właściciele centrów handlowych, europejscy potentaci w hodowli kwiatów i roślin ozdobnych. Multimilionerzy? „Wprost” szacuje ich majątek na 330 mln zł. Oni twierdzą, że to gruba przesada. Złożyli zeznania: lokalni politycy i inni decydenci domagali się pieniędzy za pomoc w legalizacji nowo wybudowanych hal targowych. Bracia wymienili, m.in.: Andrzeja Pęczaka, byłego barona SLD, Mirosława Czesnego, byłego prezesa klubu sportowego Widzew Łódź, Andrzeja Pawelca, udziałowca Widzewa. Najpierw aresztowano Pęczaka. Postawiono mu zarzuty przyjęcia łapówki od lobbysty Marka Dochnala. Dopiero potem ruszyło śledztwo.
Wkrótce zatrzymano dwóch działaczy SLD: Marka K., byłego wiceprezydenta Łodzi, oraz radnego Tomasza R. (dość szybko opuścili areszt za kaucją). Zarzucono im przyjęcie od Gałkiewiczów łapówki wysokości 50 tys. zł. Pieniądze miały zostać wydane na kampanię wyborczą Krzysztofa Jagiełły, ubiegającego się o fotel prezydenta Łodzi. Po wybuchu afery Jagiełło zrezygnował z kierowania łódzkim SLD.
Bracia zeznali, że nie odmówili też członkom świty jego konkurenta — Jerzego Kropiwnickiego. Według Andrzeja Gałkiewicza, byli nimi: Włodzimierz Tomaszewski i Karol Chądzyński (aktualni wiceprezydenci Łodzi). Mieli dostać 10 tys. zł. Pomówieni, dotknięci do żywego, wytoczyli Gałkiewiczom procesy cywilne. Pierwszy (z powództwa Włodzimierza Tomaszewskiego) niedawno zakończył się ugodą. Drugi wciąż czeka na finał. Gałkiewiczowie zarzekają się, że tym razem nie podpiszą porozumienia.
Efektem doniesień rozsierdzonych Gałkiewiczów są także tarapaty Mieczysława Wachowskiego, byłego ministra w kancelarii Lecha Wałęsy. Zarzut? Płatna protekcja. Milion złotych za legalizację hal targowych pod Rzgowem. Z Wachowskim zatrzymano znanego łódzkiego adwokata Jerzego P., dawnego prezesa RTS Widzew, który miał „skojarzyć” Wachowskiego z Gałkiewiczami (chciał za to — mówią Gałkiewiczowie — 50 tys. zł). Obaj wyszli z aresztu, pozostawiając prokuratorowi paszporty.
Później aresztowano Tomasza S., byłego zastępcę inspektora nadzoru budowlanego. Zarzucono mu wyłudzenie od Gałkiewiczów 3 tys. złotych i żądanie miliona za — oczywiście — legalizację hal pod Rzgowem.
Major Wojciech Barański, rzecznik prasowy łódzkiej delegatury ABW, zaznacza, że prokuratura apelacyjna stara się sukcesywnie stawiać zarzuty kolejnym podejrzanym. Ze sprawy wydzielono dwa wątki: dotyczący osoby z Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego i ten związany z byłym wiceprezydentem Łodzi. Powstały dwa akty oskarżenia, sprawy trafiły do Sądu Rejonowego w Łodzi. Pierwsza ciągnie się od dłuższego czasu. Druga ruszyła w zeszłym tygodniu. Na ostatniej rozprawie Marek K. słał całusy z ławy oskarżonych do Grażyny Gałkiewicz.
— W obu przypadkach zebrany materiał dowodowy wydaje się tak mocny, że nie powinien budzić wątpliwości sędziów — mówi zdecydowanie major Wojciech Barański. I dodaje obiecująco:
— Rozpracowujemy równolegle kilkanaście wątków — jest na pewno sprawa Wachowskiego…
Punkty zapalne
Siłą napędową Polrosu jest teraz Grażyna Gałkiewicz, żona Zbigniewa. Wydeptuje ścieżki w urzędach. Stara się ogarnąć i uporządkować bieg koszmarów dręczących jej rodzinę. Pisze. Na przykład trzy raporty.
Pierwszy początkowo przybrał formę pamiętnika: „Dwa miesiące po wizycie w ABW podpalono nam ogromny stóg słomy, którą jesienią okrywamy rośliny na polu przed mrozem. Od 32 lat, jak prowadzimy gospodarstwo, nigdy się to nie zdarzyło. Potem otruto nam ryby na stawach pod Bełchatowem. Były telefony z pogróżkami, kartki wkładane w potłuczony reflektor auta, były dwa alarmy o podłożeniu bomby”.
Potem pani Grażyna przeszła do sedna — wszystko zaczęło się walić w 1994 r., gdy ruszyła budowa pierwszej hali targowej Polrosu, tuż obok Centrum Targowego Ptak. Cytujemy za raportem: „Postępowanie administracyjne wszczęto w listopadzie 1994 r. W jego efekcie Sąd Rejonowy w Pabianicach 28.02.1995 r. nakazał rozbiórkę budynku. Równocześnie taki nakaz wydał Andrzej Pęczak, ówczesny wojewoda łódzki. W tym czasie ten sam wojewoda wyraził jednak zgodę na pobudowanie hali oraz doprowadzenie do niej ścieków. W czerwcu wydał warunki zagospodarowania terenu pod halą. Główny Urząd Nadzoru Budowlanego podtrzymał zaś nakaz rozbiórki wydany przez wojewodę”.
Czy ktoś coś z tego rozumie?
W lipcu 1995 roku bracia Gałkiewiczowie złożyli odwołanie od wspomnianych decyzji do Naczelnego Sądu Administracyjnego (NSA) w Łodzi. Trybunał utrzymał nakaz rozbiórki w mocy. Kolejne odwołanie — i znów fiasko: w 1997 roku łódzki Sąd Administracyjny odmówił wznowienia postępowania. Sprawa trafiła do warszawskiego NSA, który w 1998 roku utrzymał łódzki wyrok w mocy.
Potem pięć lat ciszy. Hala Polrosu działa bez zarzutów?
Z raportu Grażyny Gałkiewicz: „Przychodzi sierpień 2002 r. Spółka Polros rusza z nową inwestycją — buduje nową halę pod Rzgowem. Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego (PINB) z Łodzi nagle budzi się z letargu i wszczyna postępowanie egzekucyjne nakazujące rozbiórkę starej hali. Co ciekawe, rodzina Gałkiewiczów oficjalnie nic o tym nie wie. Informacje płyną z artykułów Dariusza Gałązki, dziennikarza łódzkiego »Expressu Ilustrowanego«. Nawet o tym, że PINB złożył wniosek do urzędu skarbowego o zablokowanie konta Polrosu na sumę 2 mln zł. Postępowanie przerywa decyzja wojewody łódzkiego o tymczasowym wstrzymaniu egzekucji, a potem wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Łodzi z kwietnia 2004 r., unieważniający postępowanie egzekucyjne”.
I kolejny suspens:
„Pół roku po łódzkim wyroku, WSA w Warszawie utrzymał nakaz rozbiórki w mocy. Co ciekawe, sędzia prowadzący sprawę nie wiedział o niedawnym wyroku łódzkiego sądu — choć dołączony był do akt. W grudniu 2005 r. odbyła się sprawa kasacyjna. Odbyła się pomimo zwolnienia lekarskiego przedłożonego przez Ewę Jackowską, radcę prawną Gałkiewiczów”, opisuje Grażyna Gałkiewicz.
W opinii prof. Marka Szewczyka, wykładowcy prawa administracyjnego na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, postępowanie administracyjne, odnoszące się do pierwszej hali Polrosu, jest od początku bezzasadne. Budynek wybudowano bowiem, stosując się do ustawy Prawo budowlane z 1974 r. Zgodnie z nią PINB mógł nakazać rozbiórkę, jeśli obiekt wybudowano na terenie nieprzeznaczonym pod ten typ zabudowy — u Gałkiewiczów był zgodny.
Przyczajony Zbigniew
Lato, sobota, południe. Ochrona dzwoni, że na stawach w Żerominie dwóch kradnie ryby — znowu ci sami. Odebrał starszy brat:
— Gońcie ich z Andrzejem, ja się zasadzę od wsi.
Jeepem po łące, szybka orientacja w terenie: o, są, przycupnęli za krzaczkiem. Ani myślą uciekać. Zbigniew wyskoczył z wozu, podszedł i zagaił:
— No i co złodzieje?
Wtem z dwóch zrobiło się sześciu. Szok. Reszta zbirów leżała za miedzą; ukryci czekali na Gałkiewicza. Z nienawiścią. Na zabój! Nie spodziewał się.
— Jeden wziął za nogi, dwóch za ręce, czwarty kijkiem.
Żona:
— Widziałam raport policyjny, to była pała nabijana gwoździami!
Mąż:
— Jakaś laga — nieważne! Ale pokiereszowałem jednego nieźle. Dzisiaj bym go poznał, bo miał rozwalone pół twarzy. Gwarantuję, dobrze dostał!
Żona:
— Wybili mu rękę w łokciu!
Mąż:
— Co mogłem zrobić — sierota? Położyli mnie i skatowali. Ile razy dostałem? Nie wiem. Do dziesięciu doliczyłem. Straciłem przytomność. Mam zakuty łeb po prostu. Dlatego przeżyłem.
Żona:
— Milimetry dzieliły go od śmierci — 24 szwy mu założyli na głowie.
W ostatniej chwili zmasakrowanego już Zbigniewa Gałkiewicza wybawił z opresji młodszy brat. Strzelił w powietrze. Zabrał fuzję. Uciekli.
Starszy z Gałkiewiczów pamięta, że jak go tłukli, jeden wrzeszczał: to nie ten!!! Najwyraźniej dostał wtedy lanie za kogoś. Później się okazało, że za brata Andrzeja. Samochody im się pomyliły. Starszy ma jeepa, młodszy — toyotę. Obie gabloty zielonkawe i terenowe.
Mąż:
— Obudziłem się kołowaty, zlany krwią, patrzę — do jakiegoś auta się pakują. Zapamiętałem numery.
Żona:
— Powiadomiliśmy policję. Umorzono postępowanie. Bo właściciel tablic rejestracyjnych powiedział, że był wtedy w Warszawie.
Dziadek na wielbłądzie
W 2000 roku po krótkiej, trzydniowej chorobie zmarł jej mąż. Nie mogła się odnaleźć. Na początku roku 2001 nawiązała kontakt z koleżanką — od lat słuchaczką Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Łodzi. No i trzy lata chodziła na wykłady i zajęcia z literatury i historii. Owoc? Dwie książki: „400 lat rodziny Gałkiewiczów w Rzgowie” i „Fenomen Rzgowa”. Za 10 miesięcy Anna Gałkiewicz skończy 80 lat. Mówi, że to jej rok… Hoża, energiczna. Ciągle szeptała do synów, czy przypadkiem nie powinna zdjąć czapki?
— Mamuśka, ja cię proszę! Jeszcze raz poruszysz problem czapki… — niecierpliwił się starszy syn.
— Daj spokój, mama — łagodził młodszy.
— Cieszę się, że to już XXI wiek. Bo w średniowieczu byśmy na stosie spłonęli — przewrotnie zauważyła pani Anna.
I z przekąsem:
— Wójt mnie chciał postawić przed sądem za te książki.
— Wiele osób pośmiertnie doceniono. Czekaj w kolejce, babcia — rzucił wesoło Zbyszek.
— Nikt mnie nie sponsorował. Może dlatego nie doceniają? — seniorka rodu nie traciła rezonu.
— Synowie nie sponsorowali?
— Nie chciałam!
— A coś pani pisze teraz?
— Proszę nie podkręcać — żartował starszy.
A pani Gałkiewiczowa (pracowite życie — 45 lat jako stomatolog w rzgowskim ośrodku zdrowia):
— Trzecia jest w głowie! Będzie o mnie. Nie jakieś flirty — nie, nie… Jest tyle ciekawych historii.
— Na przykład o dziadku, co na wielbłądzie z wojny wrócił — dolewał oliwy do ognia Andrzej.
A Zbyszek spieszył z wyjaśnieniami:
— Dziadka wojna zastała pod Żytomierzem. Wracał piechotą do Łodzi. Za wszystko, co miał, kupił krowę w Bogusławicach — żeby nie z pustymi rękoma… I wyszedł z nią na ulicę. Akurat szła ruska armia, wrzucili krowę do kotła i zjedli. Rozpaczał, że to jego jedyny majątek — no to dali mu wielbłąda, bo akurat mieli na stanie. I na wielbłądzie wrócił do domu.
Badylarze
Oto głowa rodziny — Zenon Gałkiewicz, inżynier ogrodnik. W 1951 r. dostał nakaz pracy w produkcji rolnej Powiatowej Rady Narodowej. W okolicy Poddębic i Pęczniewa produkował zboże według wytycznych założyciela twórczego darwinizmu radzieckiego — Łysenki.
— Spuszczali wodę w stawach i sadzili ryż. Ojciec wołał: panowie, nie ten klimat! To pomyłka o dobre 1000 km! Nic nie rosło, bo nie mogło! — wspomina relacje taty Zbigniew Gałkiewicz.
Umarł Bierut. Zaprzestano genetycznych eksperymentów rolniczych pod Łodzią. W sierpniu 1959 roku Zenon Gałkiewicz poszedł na swoje — dostał pozwolenie na produkcję szkółkarską. Na początku lat 60. ruszyło gospodarstwo — róże i inne rośliny. Cała rodzina pracowała…
— Zbyszek z Andrzejem krzesali w szkółkach drzewka. 5-6 lat mieli. A po kilkanaście, kiedy nadzorowali zbiór truskawek na plantacji ojca. Założyli nawet własne biuro, prowadzili listy płac — pamięta Anna Gałkiewicz.
Zbigniew skończył budownictwo lądowe na Politechnice Łódzkiej. Andrzej — zarządzanie na Uniwersytecie Łódzkim. Już w czasie studiów parali się na poważnie ogrodnictwem. Z produkcją szkółkarską ruszyli jesienią roku 1973; posadzili 24 tys. podkładek róż. Powołali spółkę osobową Polros — od słów „polskie róże”.
— Ojciec robił róże. I my chcieliśmy. Tylko bardziej dynamicznie: co roku podwajać produkcję. Dokupowaliśmy po kawałku ziemię. 10 lat — i przyszedł sukces — rzeczowo wyłuszcza Andrzej Gałkiewicz.
Ciężka robota. Starszy brat twierdzi, że i dzisiaj mógłby startować w konkursie orki — taki był dobry:
— Kiedyś sąsiadka dzwoni: Panie Zbyszku! Jakiś wariat nocną porą po waszym polu jeździł! A to ja orałem nocami. Tyrało się po 20 godzin dziennie. Byliśmy badylarzami!
Na eksport roślin przyszedł czas w 1976 roku — za pośrednictwem poznańskiej CNOS, do Szwecji. Dwa lata później — do Finlandii, Norwegii, RFN i Holandii. W 1986 r. Polros zyskał indywidualną koncesję na eksport roślin (jako jedna z pierwszych firm w Polsce). Władza zezwalała, bo dewiz było jak na lekarstwo. Przedsiębiorczy bracia mówią, że w dwa lata wyeksportowali wtedy więcej róż niż cała Polska w dziesięć. Czarnorynkowy kurs dolara sięgał 130-150 zł. W PKO płacono 15,5 zł. Za uzyskane dewizy dostawali z państwowej kasy 20 proc. w walucie, resztę w złotówkach po przeliczniku oficjalnym. Ale wystarczyło. Tak się dorobili. Suma: w latach 80. mieli już łącznie 40 ha ziemi uprawnej.
W 1988 roku Zenon Gałkiewicz przeszedł na emeryturę, gospodarstwo przekazał synom. Ci ciągle parli do przodu; w 1989 roku pobudowali dwie chłodnie, dwie studnie głębinowe, kupili przenośny zestaw nawadniający i nowoczesny sprzęt rolniczy. Dwa lata później postawili budynek spedycji roślin (0,8 ha), budynek spedycyjny (1 ha) i biurowiec (3 tys. mkw.).
Nowa hala — stare problemy
Inny raport Grażyny Gałkiewicz. O tej późniejszej hali Polrosu, budowanej od 29 maja do 3 grudnia 2002 r. Ważne: po uzyskaniu 17 maja 2002 r. pozwolenia na budowę od wójta. „Budowa jeszcze dobrze się nie rozpoczęła, a od połowy maja w łódzkim PINB trwało postępowanie na wniosek CT Ptak” — pisze autorka raportu.
Nową halę budowano z przeznaczeniem na magazyn roślin. Sęk w tym, że miała być przekształcona w centrum handlowe. Wójt Jan Mielczarek podobno — jak wspominają Gałkiewiczowie — obiecał Andrzejowi, że nie będzie problemu.
Grażyna Gałkiewicz: „Na miesiąc przed zakończeniem budowy wójt Rzgowa wydał na papierze postanowienie — na nasz wniosek, bo nie dotrzymywał słowa — stwierdzające, że najpierw trzeba uzyskać pozwolenie na użytkowanie zgodne z pierwotnym przeznaczeniem, później zmieniać funkcję hali. (…) 25 marca 2003 r. Polros dostał pozwolenie na użytkowanie hali jako magazynu roślin. Wniosek o pozwolenie na zmianę sposobu użytkowania hali na handlowy Gałkiewiczowie złożyli 9 kwietnia. Już 22 kwietnia wójt zawiesił jednak postępowanie z powodu wydania przez PINB w Skierniewicach nakazu rozbiórki drugiej hali Polrosu i zadziwiającej tezy, postawionej przez radcę prawnego gminy, że »handel to nie usługa«”.
Dwa lata później Jan Mielczarek, obecnie już burmistrz (Rzgowowi przywrócono niedawno prawa miejskie) chciał nawet wydać warunki zabudowy terenu pod ową halę. Według Grażyny Gałkiewicz, nalegał jednak, by zmienić nazwę z centrum handlowego na targowe, by mógł swobodnie pobierać opłatę targową — taki warunek. Nalegał, bo najemcy i Polrosu, i CT Ptak wygrali z nim w łódzkim WSA; 21 grudnia 2005 roku sąd uznał, że bezprawnie pobiera od nich opłatę — hale pod Rzgowem nie są targowiskiem.
— Chcę iść w kierunku porozumienia, jestem gotowy na przyjęcie każdej propozycji, ale nie może być tak, że całkiem zrezygnujemy z opłaty targowej. Zwrócę się do parlamentu, żeby w komisji administracyjnej ustalono konkretną definicję targowiska — klarował niedawno burmistrz Mielczarek w audycji Wojsława Rodackiego „Czy w Rzgowie właściwie interpretują prawo” w Radiu Łódź.
Wie, o co walczy. Przychody Rzgowa z tytułu opłaty targowej sięgają — w skali roku — 3,5 mln zł. Co z tego, że wbrew wyrokowi WSA?
Na marginesie — z raportu Grażyny Gałkiewicz: „Praktycznie we wszystkich urzędach nikt nie chciał dostrzec, że postępowanie egzekucyjne — nakaz rozbiórki nowej hali Polrosu — wszczął i prowadził PINB w Skierniewicach — organ niewłaściwy miejscowo. Nie reagował na to ani GUNB, ani wojewoda. Dopiero WSA w Łodzi w marcu 2005 roku po 3 latach walki unieważnił to postępowanie”.
Co o tym sądzi wójt? Na pewno swoje. Ale stale był bardzo zajęty i nic nam nie powiedział.
— Nad tym wszystkim należy ubolewać, to przecież niczemu nie służy — załamuje ręce Jadwiga Pietrusińska, zastępca burmistrza Rzgowa.
„Halowa” puenta Grażyny Gałkiewicz:
— Przez wiele lat podważano nam pozwolenia na budowę i użytkowanie obu hal. Na szczęście dla nas — nie udało się...
Lekkie pukanie skórki
Pamiętny czerwiec 2004 r. Doprowadzeni do ostateczności bracia pojęli, że nikt za nich problemu nie rozwiąże. I zlikwidowali złodziejstwo. W prosty sposób. Wynajęli dwóch ukraińskich bokserów. Chłopcy dochodzący. Na telefon. Zawsze do dyspozycji. Podobno niepozornie drobni. Nazywani „zawodowcami od lekkiego pukania”. Jak jednego raz taki trącił tylko, to przez 10 minut nie można było docucić biedaczka. U Gałkiewiczów dostawali 3 tys. zł od typa złapanego na kradzieży. Pan Zbigniew przy każdej sposobności tłumaczył im, że tu Polska — nie wolno bić. Należy grzecznie poprosić złodzieja, by nigdy już nie przychodził. Ukraińcy zwykli ponoć wtedy odpowiadać: „Damy radu” — kozackie dusze. Jak naprawdę robili?
Pewien miejscowy poliszynel twierdzi, że były to „czyny o niskiej szkodliwości społecznej”. Ale efekt piorunujący! Przez trzy tygodnie biegali po polach, telefon się urywał: „Pan, skórka jest”. Od tamtej pory panuje względny spokój. Jak się coś zaczyna dziać, to wystarczy sygnał:
— Oni są w Polsce. Pracują dla wielu przedsiębiorców. Normalna, legalna firma usługowa. Taka kobietka… Kiedyś przyjechała, zapytała: „macie problemy ze złodziejami?”. Powiedziałem, że tak. Uśmiechnęła się: „to my pomożemy”. Zarobili kilkanaście tysięcy złotych. Wiem, to niemoralne. Ale nie mieliśmy wyjścia. Teraz mamy przynajmniej spokój z tą hołotą — opowiada z ciężkim sercem Zbigniew Gałkiewicz.
I tłumaczy, że zanim zdecydowali się na ten desperacki krok, rozmawiali z wieloma firmami ochroniarskimi. Za 180 tys. zł miesięcznie żadna nie gwarantowała im „szczelności pokrycia całego gospodarstwa ochroną”. No to wydali dziesięć razy mniej. I skuteczniej.
Symptomy majętności
Ile jest jeszcze sensacyjnych wątków, których rodzina nie poruszyła w tej historii?
— Prasa podała prawie wszystko — zapewnia Andrzej Gałkiewicz.
— Kto jeszcze naciskał? Kto chciał? Kto nie?
— Wyszło w śledztwie, tylko mają taką politykę, że nie wyciągają. Ciągle jeszcze chwila, jeszcze moment. Bo nikt nie jest w stanie tego w całości ogarnąć. Musieliby chyba salę widowiskową wynająć, by w jednym miejscu zebrać tych wszystkich podejrzanych — Zbigniew Gałkiewicz wyraźnie tracił cierpliwość.
— Jesteście jacyś wyjątkowi, że tak się was uczepili?
Starszy z braci:
— Przekroczyliśmy barierę. Jeśli dziesiątki milionów się w firmie przewalają, to warto utrudniać. Może ktoś bańkę odpali. Upatruje się osób z symptomami majętności — domy, biurowce.
Młodszy:
— Mówią, że pierwszy milion trzeba ukraść. Myśmy wytyrali! Od 1973 r. jest pełna dokumentacja.
— Niech boją się ci, co kradną — rzucił otwartym tekstem starszy.
— Narzucali się?
— Do domu przyjeżdżali. Dzięki Bogu już wszyscy w Polsce boją się nas prosić o cokolwiek. Przecież tutaj też piłkarze przyjeżdżali. Mieszkanie Maciejowi Terleckiemu musieliśmy kupić, bo nie chciał na zgrupowanie jechać. Księgowa wypisała przelew — i pojechał — wypsnęło się Andrzejowi.
Zbigniew poszedł za ciosem:
— To układy sądowniczo-prokuratorsko-policyjno-polityczne. Należałoby wszystkich zwolnić dyscyplinarnie. Rządzi stara banda cwaniaków i złodziei. Tutaj każdy jest umoczony — bez wyjątku.
— Postanowiliście to przeciąć…
— I jest jeszcze gorzej!
— Osobiście mam to w dupie! — nie wytrzymał młodszy.
— Tu parlamentarny język obowiązuje. Przestańcie! — włączyła się zafrasowana mama.
— Też mam w dupie! — solidaryzował się z bratem Zbyszek.
— Owszem obfita, lecz wiele nie zmieści — odparowała z estymą starsza pani.
Andrzej — bardziej refleksyjnie:
— Kiedyś się zastanawiałem… W sumie znamy wszystkich bohaterów polskich afer. Może to tylko pewna grupa ludzi ciągnie — nieważne węgiel, ropa czy co innego.
— Taki Dębski dajmy na to. Zapomogę potrzebował! — żachnął się starszy.
— Był jeszcze w innej sprawie. Ale to… Za dużo tych wątków — uciął w pół zdania młodszy.
— Dajcie spokój — i tak już nie żyje! — włączyła się nagle Grażyna Gałkiewicz.
Jej mąż sumuje:
— Wierzę w Kaczyńskich. Ludzie mali wzrostem, ale — mam nadzieję — wielcy duchem. Dawno bym już wstąpił do PiS-u. Tylko się boję. Zaraz napiszą, że Gałkiewicz znowu kombinuje, jakby tu sobie hale zalegalizować.
A pan Andrzej?
— Z dala od polityki.
Zawsze swołocz
Z początkiem lat 90. zaczęło brakować im ziemi. Startowali więc w przetargach na dzierżawę Państwowych Gospodarstw Rolniczych. W czerwcu 1993 roku wydzierżawili 500 ha PGR w Żerominie (w tym kilkaset hektarów stawów hodowlanych), a w lipcu 150 ha — w Gospodarzu pod Rzgowem. Pełnoprawnymi właścicielami obu majątków stali się w styczniu 1996 r. Braciom zależało na utrzymaniu starej załogi — roboty było bez liku. Musieli jednak zatrudniać traktorzystów spod Łomży, miejscowym się nie chciało. Problemy z siłą roboczą narastały. W połowie lat 90. zaczęli ściągać całe załogi ze Wschodu. Dobrze płacili — takie same stawki, jak Polakom.
— W urzędzie gminy zameldowaliśmy legalnie 2 tys. osób — obcokrajowców. Wszyscy wiedzieli — urząd pracy, policja. Chcieliśmy ryczałtowo płacić za 300 osób. Nie! Nagle nie wiadomo skąd — afera! Wszyscy Ukraińcy dostali nakaz deportacji. Na nas nałożono karę — 20 tys. zł. No i zaczęliśmy ograniczać produkcję — przypomina młodszy brat.
— Dogadałem się w urzędzie pracy, a na drugi dzień przysłali czarne oddziały policji z giwerami. Zrobili pokazową łapankę. Potem sensacje w gazetach — czarne kolonie, takie tam pierdoły. Nie wiedziałem, że już są robione na nas jakieś naciski — relacjonuje starszy.
Dla jego żony, Grażyny, tamte wydarzenia to był wyraźny sygnał, że polowanie na Gałkiewiczów się rozpoczęło:
— Nawet kierowców tirów z Ukrainy nam zamykali. Bo „ruski” to złodziej, bandyta, zawsze swołocz!
Rzgowskim ogrodnikom pozostały resztki miejscowej załogi.
— Byłem najgorszym wrogiem: nie wolno było kraść. A każdy pracownik PGR… Podkreślam: każdy! Jeśli nie zabrał czegoś do domu, to źle się czuł. Kamień do kieszeni schował — i za bramą wyrzucił, ale wziął! Tu są dwa ogrodzenia — stalowa siatka i płot betonowy: 2,5 metra w górę. Dawali radę. Wszystko kradli: rośliny, ryby, ogrodzenie, linie energetyczne — Zbigniewa Gałkiewicza szlag trafia do dziś.
W okolicy działało kilka wyspecjalizowanych spółdzielni złodziejskich — ci kradli, ci magazynowali, jeszcze inni sprzedawali.
— Stadami przyjeżdżali. Łapaliśmy ich, wzywaliśmy policję. I albo prokurator umarzał postępowanie, albo sędzia sprawę — Grażyna Gałkiewicz nie kryje złości.
W tamtym czasie właściciele Polrosu mieli po 15 spraw tygodniowo. Szacowali, że rocznie wskutek kradzieży tracą jakiś milion złotych. Zbigniew Gałkiewicz przypomina sobie, że już wtedy zaczęli go nachodzić znajomi: „Daj sobie spokój facet! To ubecja kręci. Nie wygrasz”. Był przekonany, że żartują.
Motyw banku
Z trzeciego raportu Grażyny Gałkiewicz: „w kwietniu 2002 r. spółka Polros wystąpiła do oddziału Banku Gospodarki Żywnościowej (BGŻ) w Piotrkowie Trybunalskim o udzielenie około 15 mln zł kredytu na budowę drugiej hali targowej pod Rzgowem. Wniosek rozpatrzono pozytywnie w czerwcu 2002 roku”.
— Widzieliśmy dokumenty komitetu opiniującego — wspomina pani Grażyna.
Minął lipiec, potem sierpień. Kredytu nie było. Pod koniec listopada wreszcie dostali. Budowa hali była już wtedy praktycznie zakończona. Brakowało gotówki. Ku ogromnemu zaskoczeniu zobaczyli, że warunki przyznanego kredytu „nieco” zmodyfikowano — czas kredytowania skrócono trzykrotnie (z 8 lat na 2,5 roku), co podniosło miesięczne raty z 200 tys. zł na 600 tys. zł. „Atrakcyjna” pożyczka była denominowana w euro; oprocentowanie — 8,8 proc.
— Nasz wniosek podobno zaginął. I biznesplan, z którego jasno wynikało, że tylko w okresie przez nas zaproponowanym jesteśmy w stanie spłacać kredyt — wyjaśnia Grażyna Gałkiewicz.
Właściciele Polrosu musieli się zgodzić na zabójcze warunki — niespłaceni podwykonawcy tracili cierpliwość. Jak wynika z notatek żony starszego z braci Gałkiewiczów, w banku zapewniono ich, że po pół roku regularnych wpłat, będą mogli wystąpić o wydłużenie spłaty zobowiązania.
W maju 2003 r. Polros złożył w piotrkowskim banku wniosek o przedłużenie okresu kredytowania — zgodnie z zaleceniem banku. Cisza. Inny wniosek trafił tam w czerwcu. Nic. Tymczasem nowa hala była nieczynna, nie było wpływów od najemców (przedłużały się procedury administracyjne). Gałkiewiczowie skierowali do banku pismo, że szykują się problemy ze spłatą w lipcu. Aneks do umowy podpisali dopiero 10 grudnia „o zawieszeniu spłat kredytu od 1 stycznia do 30 maja 2004 r.” — po interwencji posła PSL Józefa Gruszki. Dwa dni później dostali informację o drastycznym podwyższeniu oprocentowania kredytu — motyw: brak pozwolenia na użytkowanie hali i pogorszenie sytuacji firmy.
Kolejny wniosek o przedłużenie rat złożyli 20 lipca 2004 roku. Wiceprezes Henryk Antosiak miał — mówią Gałkiewiczowie — zapewniać przez telefon: „zostanie rozpatrzony pozytywnie, najpóźniej do połowy sierpnia”. Bez rezultatu. Za to nagle z oddziału regionalnego BGŻ w Łodzi do spółki Gałkiewiczów zaczęły napływać lawinowo informacje o zagubionych dokumentach, niezłożonych wnioskach. Dopiero 17 grudnia 2004 r. BGŻ zawarł z Gałkiewiczami ugodę i rozłożył im spłatę pożyczonej kwoty na dogodne dla nich raty. Kto wie, jak by się zakończyła ta sprawa, gdyby do rozmów z Henrykiem Antosiakiem nie zaproszono Józefa Gruszki. Wszelkie próby rozmów z wiceprezesem banku spaliły na panewce. Gruszka po spotkaniu z Antosiakiem miał powiedzieć (w obecności Zbigniewa Gałkiewicza i swojego kierowcy), że „chodziło o wrogie przejęcie Polrosu przez kogoś, ale postara się pomóc”.
W Łodzi coraz głośniej o pewnej nieformalnej „Spółdzielni”. Jej członkowie stworzyli ponoć „short listę” mocnych firm z regionu — wyznaczonych do przejęcia za 10 proc. wartości.
Jak było naprawdę? Być może ustali łódzka ABW. Bo Henryk Antosiak już nie pracuje w BGŻ. Sam bank zaś zasłania się klauzulą tajemnicy bankowej.
Cecha pokoleń
Fragment publikacji „400 lat rodziny Gałkiewiczów w Rzgowie”: „Na przestrzeni wieków przedstawiciele rodziny Gałkiewiczów z ludzi wykształconych, którzy w XVII i XVIII stuleciu sprawowali w Rzgowie władzę, przeobrazili się w analfabetów w XIX w. Zadbali o to zaborcy i los nie szczędzący bólu i cierpienia, przedwczesnych zgonów i sierocej doli. W XX wieku odbudowali swój wizerunek, zdobyli wyższe wykształcenie, pozycję i szacunek, którym szczycili się ich przodkowie. Są znów szanowanymi obywatelami Rzgowa. Nigdy, w żadnych okolicznościach nie utracili tej jednej (choć nie jedynej) wspólnej wszystkim pokoleniom cechy — przedsiębiorczości”.
