Osiatyński wyjaśnił, że przygotowane były różne metody wyceny BSK przez doradcę inwestycyjnego BNP Paribas Bank.
"Od strony metodologicznej uważam, że wszystkie zastosowane metody były poprawne. Poprawna była metoda dyskonta, która opierała się na przeliczeniu przyszłych dochodów w okresie najbliższych 5 lat i wobec braku informacji co do kształtowania się wskaźników makroekonomicznych, przyjęto hipotetyczną wartość banku po 5 latach, nie próbując oceniać wysokości stóp dyskonta i strumienia dalszych dochodów w roku szóstym i kolejnych - wyjaśnił.
Osiatyński dodał, że analizy prowadziły do wyceny po denominacji w wysokości 25 zł za akcję. "To była cena wyjściowa, dzięki której minister finansów mógł ulokować na rynku akcje o wartości 6- krotnie większej niż wartość największej wówczas prywatyzacji" - powiedział.
"Zdaniem firm doradczych, przy widełkach od 76 zł do cen znacznie mniejszych, cena 25 zł wydawała się być tą, przy której istniały szanse, że rynek wchłonie emisję akcji rzędu 250 tys. zł" - dodał.
Osiatyński podkreślił, że w prospekcie emisyjnym zawarta była klauzula o możliwości unieważnienia przetargu, po to, aby w zależności od sytuacji na rynku minister finansów mógł zmienić decyzję. "Tym bardziej, że nie do końca była uporządkowana kwestia związana z portfelem kredytowym BSK (chodzi o tzw. złe kredyty - PAP)" - dodał.
Osiatyński wyjaśnił, że zgodnie z prawem konieczne było utworzenie rezerw w celu zrównoważenia ryzyka w związku z niespłacanymi kredytami. Ale - jak podkreślił - żadne operacje nie mogły wpływać na wartość aktywów netto BSK. Sugestie posłów, że taki wpływ mógł być, Osiatyński uznał za "nieuzasadnione".
Posłowie pytali także o to, czy UOP podejmował jakiekolwiek działania, aby wyjaśnić okoliczności prywatyzacji BSK. Osiatyński poinformował, że nic nie wie na ten temat.
"Nie jest mi wiadomo, aby służby interesowały się BSK, tym bardziej nie jest mi wiadomo, aby wpływały na podejmowane decyzje" - powiedział.(PAP)