Cztery owocowe kwiaciarnie na Ukrainie, jedna na Słowacji, a od kilku miesięcy także w stolicy Polski. FruitLife przekonuje, że bukiet ma nie tylko wyglądać, ale smakować i zaskakiwać, więc wycina go z owoców.
![TRZEBA ZASKOCZYĆ:
Wino, bombonierka,
ciastka — to
przewidywalne prezenty
— przekonuje
Sergii Virchis, szef
FruitLife. Promuje
bukiety owocowe,
które wyglądają
i smakują. [FOT. WM] TRZEBA ZASKOCZYĆ:
Wino, bombonierka,
ciastka — to
przewidywalne prezenty
— przekonuje
Sergii Virchis, szef
FruitLife. Promuje
bukiety owocowe,
które wyglądają
i smakują. [FOT. WM]](http://images.pb.pl/filtered/d7fba106-642c-4faf-8b7e-2bd3d399e513/8edf20ff-9efb-59db-8760-5f9888aa40db_w_830.jpg)
— Kwiaty zrobione z owoców to popularny prezent w USA i tam też widzieliśmy go po raz pierwszy. Chcieliśmy kupić licencję od jednej z amerykańskich firm i rozwijać biznes w Europie, ale była zbyt kosztowna, więc stworzyliśmy własny koncept — mówi Sergii Virchis, szef FruitLife.
Pierwsze kroki w Polsce
Format FruitLife dopracowywał przez trzy lata na Ukrainie. Dzisiaj każdy sklep firmowy oprócz części sklepowej ma też produkcję. Sprzedaje na miejscu, przez internet i telefon, a kwiaty dowozi.
— Uznaliśmy, że jesteśmy gotowi do rozwoju za granicą. Pierwsza była Słowacja, bo zgłosiła się do nas Ukrainka, która znała nasz koncept z rodzimego rynku, a akurat wyprowadzała się do Bratysławy. Została więc naszym franczyzobiorcą. Polskę wybraliśmy ze względu na podobieństwa między naszymi krajami — mentalność i kulturę — twierdzi Sergii Virchis.
Lokal w Warszawie jest punktem własnym spółki, ale ta poszukuje już partnerów do otwarcia kolejnych.
— Oczywiście najciekawsze są największe miasta. Koszt franczyzy to 35 tys. EUR. Zapewniamy specjalistyczny sprzęt, wzory do produkcji, szkolenia, standardy zarządzania biznesem, a także cały marketingowy know-how. Dodatkowo trzeba zainwestować w przygotowanie lokalu, a franczyzobiorca uiszcza również opłatę w wysokości 5 proc. od obrotu — opowiada szef FruitLife.
Zmiana przyzwyczajeń
Największym wyzwaniem dla powodzenia tego biznesu, jak przyznaje Sergii Virchis, jest przekonanie ludzi do zmiany przyzwyczajenia do tradycyjnych bukietów.
— Chcemy zastąpić tradycyjne kwiaciarnie, ale nasze bukiety nadają się na prezent zamiast butelki wina czy bombonierki, które są bardzo opatrzonym pomysłami z okazji wszelkich świąt i uroczystości. Owocowe bukiety wciąż natomiast zaskakują — twierdzi Sergii Virchis. Dlatego spółka od razu wystartowała z reklamą w mediach.
— Na Ukrainie jesteśmy już rozpoznawalną marką, a konsumentów wciąż dziwią kwiaty zrobione z owoców. W Polsce dopiero pokazujemy, że coś takiego istnieje. Na razie zaczęliśmy od kampanii internetowej i radiowej. Na co dzień rozdajemy po prostu ulotki i staramy się trafiać na różne imprezy firmowe — opowiada szef FruitLife.
Na Wschodzie firma była obecna m.in. na konkursach piękności. — Wiele kampanii reklamowych udaje nam się zrealizować na zasadach barteru. Dzięki temu docieramy dodatkowo do kontrahentów takiej firmy, która obdzielaich naszymi bukietami — dodaje Sergii Virchis.
Kobiety lubią owoce
W Polsce spółka po otwarciu kolejnych lokali chce pokazać się w telewizji.
— Najpierw musimy być szerzej dostępni. Oczywiście jesteśmy w stanie dowieźć bukiet nawet kilkadziesiąt kilometrów, ale oznacza to dodatkowe koszty dla klienta — zaznacza szef FruitLife.
W zasadzie raczej nie klienta, lecz klientki, bo 65 proc. zamawiających to właśnie kobiety.
— Jednak większość z pozostałych 35 proc. kupuje taki bukiet dlatego, że zażyczyła go sobie kobieta — przyznaje Sergii Virchis. W zdecydowanej większości są to zamówienia osób prywatnych. Dostawy do firm i instytucji stanowią 30 proc. obrotów sieci FruitLife.