Rzeczpospolita Polska, która zgodnie z art. 2 Konstytucji jest „demokratycznym państwem prawnym”, dopiero w tym tygodniu zakończy rok 2001. Według jakiego kalendarza? Nie juliańskiego i nie księżycowego – w tym przypadku najlepiej pasuje określenie „kalendarz bezprawny” (w znaczeniu „bez prawa”). Albowiem dopiero za kilka dni zaistnieje – czyli dotrze do 80 tys. odbiorców – ostatni Dziennik Ustaw nr 157, datowany 31 grudnia. Inne numery z końca roku 2001 (od 150 do 156) również rozsyłane były dopiero w styczniu.
Przy ogromnym wysiłku pracowników, Rządowe Centrum Legislacji od 24 do 31 grudnia wydało 8 zeszytów Dziennika Ustaw, zawierających aż 188 pozycji i liczących... 1112 stron! Tylko 14 pozycji stanowią ustawy, w tym należące do pakietu okołobudżetowego. Cała reszta to rozporządzenia, wydane przez rząd, premiera lub poszczególnych ministrów (i jedno prezydenckie) przed samymi świętami, a wchodzące w życie najczęściej 1 stycznia. Mają na ogół charakter techniczny, przygotowywane były przez resorty od wielu miesięcy i zmiana ekipy politycznej nie powinna spowodować takiego spiętrzenia w końcu roku. Proza życia dowodzi jednak naiwności takiego rozumowania.
Ze względu na swoją treść, wiele z tych rozporządzeń powinno mieć okres vacatio legis wielomiesięczny. A mają parodniowy, ogłoszone zostały zaś (realnie!) już po Nowym Roku, czyli z datą wsteczną. Oto losowy wybrany przykład – zasady rachunkowości i planów kont dla budżetu państwa, budżetów samorządowych, innych jednostek sektora finansów publicznych oraz dla domów maklerskich i jednostek banków, w których prowadzona jest działalność maklerska. Aktów o podobnym znaczeniu spóźnione dzienniki zawierają kilkadziesiąt.
Nakład Dziennika Ustaw wynosi obecnie 81 tys. egzemplarzy, co obejmuje prenumeratę oraz średnią sprzedaż detaliczną. Anormalność sytuacji w końcówce roku przekracza zdolności produkcyjne Gospodarstwa Pomocniczego KPRM oraz WZGraf. i ZG Tamka. Centralny aparat państwowy radzi sobie w ten sposób, że drukuje terminowo tylko 1 tys. egzemplarzy – dla potrzeb własnych oraz w celu udostępnienia do sprzedaży w dwóch punktach w Warszawie (tego wymaga ustawa). Reszta nakładu drukowana jest przez długie tygodnie. Niecierpliwa masa 80 tys. odbiorców, która słyszała o jakichś nowych przepisach i chciałaby je poznać, musi pokornie milczeć i czekać.
W tej sprawie nie jest pomocny Internet. Po pierwsze – Dziennik Ustaw pojawia się na stronie www.gpkprm.gov.pl z opóźnieniem kilkunastu dni, co kompromituje rządowe służby informatyczne. Po drugie – treść zapisu elektronicznego nie stanowi jeszcze w Polsce źródła prawa. Szkoda, że Konstytucja nie rozstrzyga, jak w państwie prawa należy traktować przepisy, które niby są, ale których nikt – poza wybrańcami – nie widział na oczy.