Igrzyska budżetowe 2007 niniejszym ogłaszamy za otwarte. Rząd wczoraj przystąpił do dyskusji o ustawie budżetowej na przyszły rok i już to pierwsze posiedzenie świadczy, że zapowiada się ciężka batalia. Na konferencji po posiedzeniu rządu premier podtrzymał wcześniejsze deklaracje o utrzymaniu kotwicy budżetowej na poziomie 30 mld zł, ale na odrębnej konferencji wicepremier Andrzej Lepper stwierdził, że nic się nie stanie, jeśli deficyt będzie o parę miliardów wyższy. Tym razem słynne już spojrzenie Jarosława Kaczyńskiego, które zamieniało Leppera z groźnego radykała w potulnego baranka, nie pomogło. W rządzie zgody co do kształtu budżetu nie ma i prędko pewnie nie będzie.
Najgorsze w całej sytuacji jest to, że budżetową rozgrywkę wygra nie ten, kto lepiej liczy, lecz ten, kto ma silniejsze nerwy. Co prawda budżetowy pat może spowodować wcześniejsze wybory, do czego Samoobronie bynajmniej niespieszno, jednak jej wycofanie z koalicji może oznaczać, że zrodzona w bólach ordynacja samorządowa zamiast zapewnić PiS zwycięstwo, stanie się źródłem klęski tej partii (wystarczy, że będzie musiało startować samotnie, a PO i PSL skwapliwie skorzystają z nowych przepisów). Dlatego premier nie może całkowicie lekceważyć żądań Leppera, ale też zapewne nie poczyni zbyt dużych ustępstw. Bój będzie zacięty, ale zakończy się zapewne ugodą, w której trudno wskazać zwycięzcę. Znacznie łatwiejsza okaże się identyfikacja przegranych — to budżet, znacznie trudniejszy do realizacji i podatnicy. Bo to oni od lat finansują wszelkie polityczne wojny.