Inwestycje wciąż rosną zaskakująco szybko, co stwarza ryzyko, że wkrótce będą zwalniały. Nie wiadomo też, jak kosztowne będzie dalsze zbijanie inflacji, bo najłatwiejsza robota już została zrobiona.
GUS podał w czwartek dużą paczkę danych gospodarczych, które rzucają trochę nowego światła na znane wcześniej zjawiska.
PKB spada i to dość mocno – o 0,6 proc. rok do roku w drugim kwartale. Poza pandemią nie doświadczaliśmy takich spadków, ale trzeba też pamiętać, że odnosimy się do szalonej pierwszej połowy 2022 r., kiedy związany z wojną i pandemią cykl zapasów podbijał znacząco PKB.
Powody spadku są dwa – niski popyt firm na zapasy oraz niski popyt gospodarstw domowych na towary konsumpcyjne. Oba czynniki powinny wkrótce wygasać: proces redukcji zapasów powinien niedługo dobiegać końca, a konsumenci powinni zwiększać zakupy w miarę wzrostu realnych wynagrodzeń.
Ale w tym obrazku jest jeden zaskakujący element: potężny przyrost inwestycji, aż o 7,9 proc. rok do roku. To najwyższa dynamika od pierwszego kwartału 2020 r. Pisałem już 23 sierpnia o nakładach inwestycyjnych przedsiębiorstw i wymieniłem pięć powodów ich zaskakująco zachowania. Są to prawdopodobnie: 1) nadzwyczajnie wysokie zyski firm, 2) przyspieszone nakłady na transformacje energetyczną, 3) wykorzystanie ostatnich funduszy europejskich z perspektywy 2014-2020 (zgodnie z zasadą n+3), 4) nearshoring, 5) rosnąca dostępność maszyn i pojazdów.
Wydaje się prawdopodobne, że inwestycje w nadchodzącym roku jednak zwolnią, bo minie część powodów, które je napędzają. Zatem w miarę przyspieszania konsumpcji i zapasów nakłady na środki trwałe mogą akurat zwalniać. To sprawi, że ogólne ożywienie gospodarcze będzie dość powolne, bardziej w kształcie litery L niż V.
Koszty dla gospodarki będzie niosło też zbijanie inflacji. W sierpniu, wedle wstępnych danych, inflacja cen towarów i usług konsumpcyjnych w Polsce wyniosła 10,1 proc. wobec 10,8 proc. w lipcu. Trend jest bardzo pozytywny. Ale widać też, że najszybszą fazę dezinflacji mamy za sobą. Przez pół roku – do sierpnia – wskaźnik inflacji obniżył się o 8,3 pkt proc. i raczej nie ma szans, by to się powtórzyło w kolejnych miesiącach. Bardziej realne jest, że wskaźnik będzie spadał w podobnym tempie co inflacja bazowa (liczone bez żywności i energii) – czyli około 2 pkt proc. na pół roku. Wtedy do celu inflacyjnego wrócilibyśmy za około dwa lata.
Potrzeba zbijania inflacji wzmacnia przekonanie, że kolejne kwartały mogą przynieść raczej łagodne niż gwałtowne odbicie gospodarki. Dotąd inflacja spadała głównie dzięki obniżeniu cen surowców, a efekty ograniczenia popytu dopiero będą widoczne i będą musiały trwać długo. Wątpię, czy bank centralny będzie chętny do bardzo głębokich obniżek stóp procentowych. Te obniżki pewnie wkrótce się zaczną, bo prezes Adam Glapiński właściwie prawie obiecał, że to zrobi, ale nie będzie ich dużo.
Pozytywne w tym wszystkim jest to, że cały cykl odbywa się na razie bez kosztu w postaci wzrostu bezrobocia i upadłości przedsiębiorstw. Ból jest jakby bardziej umiarkowany dzięki temu.



