PKS-OM GROZI SZYBKI UPADEK

Arkadiusz Braumberger
opublikowano: 1999-08-20 00:00

PKS-OM GROZI SZYBKI UPADEK

Maleją szanse na uzdrowienie przewoźników pasażerskich

NA SWOIM: Warszawski PKS, którym kieruje Edward Migal, jako jedyna firma z branży nie korzysta z pomocy państwa. Ale stołeczne przedsiębiorstwo obsługuje tylko najbardziej dochodowe pospieszne linie powyżej 100 km. fot. Andrzej Paluliszewski

Skąpe środki budżetowe, które ustawowo przysługują firmom z tytułu zwrotów za przejazdy ulgowe, w tym roku nie pokryją nawet 40 proc. wydatków ponoszonych z tego powodu przez PKS-y. Rozwiązaniem dla wielu firm może okazać się rezygnacja z połączeń regionalnych.

Fatalną sytuację w PKS-owskich przewozach pasażerskich pogłębia brak centralnych ustaleń, które mogłyby tej branży pomóc. Wybuch niezadowolenia związkowców spowodowały tegoroczne zmiany w sposobie naliczania dopłat z budżetu państwa do biletów ulgowych.

Niecałe 40 proc.

W tym roku pieniądze, które budżet przygotował dla PKS-ów, pokryją najwyżej 38 proc. kwoty, którą firmy w istocie straciły, utrzymując ulgowe przejazdy.

— W praktyce oznacza to, że państwo finansuje niespełna 40 proc. dopłat do biletów ulgowych. Firmy starają się pokrywać rosnące straty, wynikłe w transporcie pasażerskim, zyskami z innej działalności, np. przewozów towarowych czy handlu — tłumaczy Janusz Śmigulski, szef PKS-u w Stalowej Woli.

Najwięcej jednak kontrowersji wzbudziły zmiany dotyczące zasad naliczania zwrotów. Jeszcze w ubiegłym roku dotowany był każdy przejechany kilometr. Od początku 1998 r. dotacje naliczane są na podstawie liczby sprzedanych biletów ulgowych.

Zmiana w sposobie naliczania dotacji ma duże znaczenie dla przedsiębiorstw obsługujących głównie połączenia lokalne.

— Poprzedni system naliczania dopłat do biletów ulgowych częściowo pokrywał straty z tras nierentownych, a określanych jako „społecznie pożądane”. W nowym systemie otrzymamy jeszcze mniejsze pieniądze. W związku z tym PKS-y będą zamykać wiele nierentownych, często jedynych w danym regionie połączeń — wyjaśnia szef PKS-u w Stalowej Woli.

Bomba dotacyjna

Kolejną zmianą w stosunku do ubiegłego roku jest zlikwidowanie dotacji podmiotowych, przy udziale których PKS-y mogły sobie pozwolić na zakup nowych autobusów.

— W obecnych warunkach przedsiębiorstwa skazane są praktycznie na wegetację — alarmuje Janusz Śmigulski.

Wciąż nie wiadomo, jak traktować pomoc państwa z lat ubiegłych.

— Korzystając z dotacji traktowaliśmy ją jako pożyczkę państwa, z której, po dopisaniu jej do przychodów, odprowadzaliśmy podatek — tłumaczy Janusz Śmigulski.

PKS w Ostrowie Wielkopolskim nie odprowadzał takiego podatku.

— Na razie nikt nie miał o to do nas pretensji — mówi Ludwik Kubasiak, szef ostrowskiego PKS-u.

Edward Migal, szef warszawskiej firmy, otwarcie zwraca uwagę na fakt, że gdyby państwo wywiązywało się ze zobowiązań wobec tej branży, to sytuacja finansowa PKS-ów byłaby bez zarzutu.