Proceder stał się poważnym problemem, bo oprócz zwykłych kradzieży, sprawcy dopuszczają się tez poważnych dewastacji m.in. zatykają wejścia do uli czy niszczą plastry miodu.

Zawsze mieliśmy do czynienia z kradzieżami, ale w tym roku skala zjawiska jest porażająca. To prawdziwy problem nie tylko dla samych pszczelarzy, ale i tej gałęzi gospodarki - ocenia Klaus Ahrens, przedstawiciel stowarzyszenia pszczelarzy tego północno-zachodniego landu.
Jak podkreśla „The Local”, jego opinię potwierdza inny hobbista-pszczelarz Nico Martins, który wskazuje, że o ile w poprzednich latach w jego regionie miały miejsce trzy, cztery tego typu zdarzenia rocznie, w bieżącym odnotowano już 44 takie przypadki. W innej części landu zarejestrowano z kolei zaginięcie aż 67 kolonii.
Policja podjęła stosowne działania, jednak jak tłumaczą jej przedstawiciele, to ciężkie do rozwiązania sprawy, gdyż namierzenie sprawców utrudnia fakt, że ule pszczele położone są zazwyczaj z dala od obszarów mieszkalnych, a przestępcy działają nocą.
Pszczelarze – jak donosi „The Local” - nie zamierzają odpuszczać. Własnym sumptem polują na sprawców montując m.in. monitoring i wykorzystując GPS do śledzenia uli. Akcja poszukiwawcza prowadzona jest też w mediach społecznych.
Straty finansowe – według stowarzyszenia - szacowne na jedną skradzioną rodzinę pszczelą to kwoty rzędu 200-300 EUR. Jeśli doliczyć do tego miód, kwota rośnie do 600-800 EUR.
Pszczelarze podkreślają przy tym, że nie chodzi tylko o pieniądze.
Wartość duchowa kolonii pszczół jest znacznie wyższa – mówi Jürgen Frühling ze stowarzyszenia pszczelarzy w Hanowerze.
