Płeć w interesie

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2003-05-23 00:00

Feministki. Na barykadach polskiego biznesu

Wolność, równość i siostrzeństwo — najwyższe wartości w zarządzaniu firmą. Dla kogo? Dla wciąż dyskryminowanych Polek.

Latami, w procesie socjalizacji i wychowania, współczesna polska kobieta wyucza się bogatego repertuaru skutecznych zachowań w stosunku do mężczyzn. Eksponowanie niewieś-cich wdzięków, uśmiechów, łez, łechtanie męskiej dumy, siły, mądrości... Wszystko w zamian za? Na przykład za pomoc w sprawach zawodowych. Mężczyzna reaguje: „Ale laska! Jakie nogi”! Często kobieta jest piękna, młoda i ma problemy. Płacze! Szef pociesza... Ale oprócz prezentacji zgrabnej sylwetki, można mu obiecać coś... Więcej — istnieje cała gama symbolicznych zachowań. Jeżeli kobieta jeszcze potrafi szefowi prawić komplementy... Każdy chłop na to leci! Po co się oszukiwać? W biznesie to wszystko jest wykorzystywane! Mężczyzn łatwo usidlić.

— Czy w taki sposób kobiety awansują?

— Ależ oczywiście! W każdej firmie, w każdej sytuacji i w dalszym ciągu. I w każdym kraju.

— Czy tak prowadzą także swoje interesy feministki?

— Feminizm ma wiele twarzy... Feministki nie powinny stosować takich zagrywek. Ale czy tak jest? Nie wiem — prof. Maria Holstein-Beck zaciąga się papierosem.

Dość tego!

Według dr Ewy Lisowskiej, wykładającej w Szkole Głównej Handlowej i prezesującej Międzynarodowemu Forum Kobiet, feminizm w biznesie oznacza po prostu zwracanie uwagi ogółu na to, że kobietom trudniej niż mężczyznom zarówno w założeniu firmy, jak i w awansie na kierownicze stanowisko, szczególnie najwyższego szczebla.

— Jeśli to zrozumiemy, jesteśmy w punkcie, który można nazwać feminizmem. Chcemy powalczyć! Upomnieć się o równe szanse! — mówi dr Lisowska.

Dla Beaty Grudzińskiej, szefowej spółki Grudzińska and Associates, biznesowy feminizm to przykład kobiety, która nagle zmienia pracę, bo nie wytrzymuje męskiej presji i mówi sobie: mam już tego dość!

— Feminizm — nie tylko w biznesie — jest głosem za likwidacją różnych praw dla mężczyzn i kobiet. Wiele kobiet ma problem z przebiciem się w interesach, bo mężczyźni uważają to za coś nienormalnego. W XXI wieku trzeba się wyzwolić ze stereotypowych ról! I powiedzieć sobie: chcę być kobietą! Przecież biznes jest też dla nas! — naciska Krystyna Chinowska (na zdjęciu z lewej) , prowadząca firmę marketingową EMAR.

Już samo założenie, że może się krępować swego feminizmu, jest dla niej żenujące.

Z dystansem podchodzi do biznesowej dyskryminacji kobiet Bogumiła Sieńska, właścicielka Cobo-Consulting. Jest feministką, lecz...

— Może pana zaskoczę, ale nie narzekam... W pracy wyżej cenię sobie kontakty z płcią odmienną — stwierdza.

I od razu dodaje, że w jej przypadku feministyczne podejście do biznesu wiąże się z tym, że wielu mężczyzn jest przekonanych, że prezentują sobą wyższe wartości. A z tym już absolutnie się nie zgadza!

W każdej kategorii

Profesorka jest rzeczywiście „świeża i hoża” (tak powiedziała o niej dziewczyna z Ośrodka Informacji Środowisk Kobiecych „Ośka”). Podczas dwugodzinnej dyskusji wypala dwa papierosy i z ironią powtarza: „Jestem już tak stara, że nie wiem, co dalej robić”. Maria Holstein-Beck wykłada w warszawskiej Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego. We wrześniu kończy 80 lat i jest feministką.

Dopiero przed rokiem zdała sobie z tego sprawę. Wtedy z Göteborga w odwiedziny przyjechała do niej córka, zdeklarowana feministka. Towarzyszyła jej na jakiejś konferencji o dyskryminacji kobiet. I tam to uświadomiła sobie swoje żeńskie poglądy. Wkrótce zaprenumerowała krakowską „Zadrę”. Wróciła też do referatu, który napisała jeszcze na początku lat 90.: „Status społeczno-zawodowy kobiet w PRL-u” — a konkretnie w latach 1945 -1989. Według prof. Holstein-Beck do dziś niestety niewiele się on zmienił...

Zapisała wówczas, że w PRL status kobiety jest bardzo niski. Prawa obywatelskie w konstytucji z 1952 roku zrównywały kobiety i mężczyzn. Taka teoria. A w nowej konstytucji z 1992 roku właściwie wszystkie punkty traktujące o równości płci przepisano ze starej. Skonfrontowała przepisy historycznej już ustawy zasadniczej z tym, co wyszło z badań (wraz ze współpracownikmi prowadziła je w 14 przedsiębiorstwach państwowych u schyłku lat 80.). W części teoretycznej odnotowała wnioski: prawa są, ale niestosowane. W empirycznej zaś, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety PRL-u uważają, że kobiety absolutnie się nie nadają na żadne kierownicze stanowiska...

— Wtedy doszłam do wniosku, że coś jest nie tak... Przecież od 1945 do 1990 roku Polki urodziły 28,5 mln żywych dzieci, a później je oczywiście wychowały na ludzi. Sama urodziłam i wychowałam czworo! W naszym społeczeństwie żyje ponad 50 proc. kobiet. I w każdej kategorii są lepsze niż mężczyźni! — uśmiecha się pod nosem, wyraźnie prowokuje — jeśli chodzi o wykształcenie, o pracowitość — i w ogóle! No i po prostu uważam do dzisiaj, że jest coś nie tak! — grzmi.

Patologia i biologia

Elżbietę Junoszę-Stępowską, redaktorkę naczelną magazynu gospodarczo-kulturalnego „Malwa”, feminizm śmieszy. Nie dostrzega w Polsce kobiet, które by miały na przykład szczególne problemy z zatrudnieniem. Dyskryminacja? To — według niej — problemy rodzin patologicznych. Sześć lat temu była prezeską warszawskiego koła Sorooptimist International „Syrena” (żeńskiego odpowiednika Rotary Club). Swego czasu „Ośka” przysyłała jej jakieś publikacje... Ignorowała je.

— Rozwiązałyśmy się jakieś sześć lat temu. Dlaczego? Bo nie miałyśmy na to czasu. Wśród nas były tylko kobiety aktywne zawodowo...

— A feministki?

— Jakie feministki? U nas? Skąd! W ogóle nie spotkałam się z feministkami w biznesie, a muszę panu powiedzieć, że znam sporo kobiet z tego środowiska — irytuje się pani Elżbieta.

— Na zajadłe i zacięte biznesowe feministki raczej u nas się nie natknęłam. Dwa razy miałam z nimi do czynienia, ale w obu przypadkach nie były to Polki — Grażyna Paturalska, posłanka Platformy Obywatelskiej, rozmawia o zbuntowanych kobietach z dużo mniejszym sarkazmem. Sama feministką nie jest.

— Raz była to Amerykanka, za drugim razem Francuzka. I w obu przypadkach ich feminizm miał źródła w bardzo przykrych doświadczeniach z partnerami życiowymi — uzupełnia.

Odkąd trafiła do Sejmu, zupełnie wyłączyła się z biznesu. Wcześniej z mężem prowadziła firmę Pakmet. Teraz małżonek musi sobie radzić sam. Jeszcze cztery miesiące temu była prezeską Polskiego Stowarzyszenia Właścicielek Firm. Ale i tej funkcji musiała się zrzec — nawał obowiązków w parlamencie. Nadal zajmuje się jednak przedsiębiorczością. Pracuje nad projektem promocyjnym dla polskich przedsiębiorstw z europejskimi certyfikatami (ruszy na przełomie września i października).

— Z mężczyznami nie należy walczyć na noże i bagnety... Tylko wykorzystując intelekt można ich zwyciężać — uważa Grażyna Paturalska. — Dostrzegam obszary, w których kobiety mają pod górkę. Ale to chyba bardziej wynika z różnic biologicznych... Nie uważam, że z tych powodów kobiety powinny czuć się pokrzywdzone.

Na koniec rozmowy dorzuca sentencjonalnie: „Bez względu na to, jak bardzo jest się wyzwoloną — nie należy uciekać od przeznaczenia”.

Wiara w inteligencję

Wokół feminizmu narosło w Polsce mnóstwo złych skojarzeń...

— Po trosze pod wpływem dziennikarzy, gdyż to oni przez pewien czas definiowali feminizm jako walkę z mężczyznami i kształtowali wizerunek feministki, która żywi do nich niechęć, nie chce wychodzić za mąż i rodzić dzieci. A przecież — jeśli patrzymy na historię feminizmu i to, co sufrażystki, później emancypantki czy entuzjastki albo feministki drugiej fali zdziałały dla kobiet — ich wysiłki właściwie można podsumować tak: dużo dobrego. Kobiety uzyskały prawo wyborcze, dostęp do edukacji, rynku pracy i wreszcie prawo do własności. To, że kobiety mogą dziś zakładać własne firmy i być ich właścicielkami, w pewnym sensie też jest zasługą feministek — referuje dr Ewa Lisowska.

— To o co walczą dzisiaj feministki w biznesie?

— O uznanie, że kobiety zarządzają równie dobrze jak mężczyźni. Powiedziałabym nawet: kobiety mają umiejętności, które szczególnie dobrze wpisują się w nowoczesny styl zarządzania. Cechuje je wyższa inteligencja emocjonalna we wszystkich odmianach — z jednym wyjątkiem: wiary w siebie i własne umiejętności. Dlatego najważniejsze, by uznać, że kobiety rzeczywiście na równi z mężczyznami mogą zajmować kierownicze stanowiska. By stereotypy w rodzaju: kobieta bardziej się nadaje na sekretarkę niż menedżera, odeszły do lamusa. I żeby to dotarło do wszystkich — tłumaczy prezeska MFK.

Beata Grudzińska podkreśla, że kobiety i mężczyźni mają różny styl komunikowania się. Kobiety zarządzają miękko — jeżeli zauważają problem najpierw pytają: dlaczego? Jeżeli odmawiają, starają się wytłumaczyć decyzję. Nie robią tego bezwzględnie, po męsku: „nie i koniec!”. Twarde style kierowania coraz rzadziej zdają egzamin we współczesnych organizacjach. Dlatego walor kobiecy coraz częściej jest doceniany w krajach wysoko uprzemysłowionych — podnosi efektywność przedsiębiorstw.

Szefowa firmy Grudzińska and Associates chciałaby wystosować całkiem poważny apel do polskich zarządów: Zauważcie potencjał kobiet! Nie odrzucajcie go! Zastanówcie się, co tracicie!

Pragnienie orgazmu

Maria Holstein-Beck źródeł współczesnego polskiego feminizmu upatruje w początku lat 80. Wówczas — wraz ze stanem wojennym — wtargnęła do nas „cała ta rewolucja seksualna”: tak, by nam dać coś w zamian za wolność. Wtedy — jak na PRL — zrobiło się dosyć ostro. Media zaczęły epatować seksem. W kinach i telewizji pojawiło się mnóstwo filmów o tematyce erotycznej. Wywołało to dysonans poznawczy w umysłach mężczyzn i — w pewnym sensie — również kobiet.

Według ocen prof. Holstein-Beck mężczyźni nagle doszli do wniosku, że właściwie — i to zresztą rozpoczęło pewne przemiany w rodzinach — po co się żenić? Przecież można mieć każdą dziewczynę! I to w dodatku młodą! Z drugiej strony kobiety też chciały mieć orgazm — po cholerę miały się męczyć z jakimś mężem, który o to nie dba? Pytały: może akurat znaleźć sobie lepszego, który potrafi to zrobić?

Doszło do wielkich przemian w świadomości społecznej. I to miało proste przełożenie na biznes. Wraz z rewolucją seksualną przyszło myślenie szefa: zatrudnię młodą, atrakcyjną, najlepiej, żeby nie zachodziła w ciążę i nie wychodziła za mąż. Ten schemat mocno się zakorzenił. Pokutuje do dziś.

— Mam bardzo dużo znajomych wśród młodych, wykształconych, bezrobotnych kobiet. No ale po co szef ma iść do łóżka z 40-latką, skoro może to zrobić z „dwudziestką”? Rezultat taki, że wciąż nie jest tak, jak powinno być... Dzisiaj kobieta, która przychodzi na rozmowę kwalifikacyjną, dostaje pytanie, czy jest w ciąży? Albo: czy zamierza zajść w ciążę? Albo: czy będzie dyspozycyjna, kiedy zachoruje dziecko? Albo: czy lubi seks — bo i takie pytania padają! Jasne, że kobieca płeć jest postrzegana jako coś, co awans ogranicza — kończy rozsierdzona profesorka.

Ukryte twarze

Nie wiadomo, ile naprawdę feministek ukrywa się w polskim biznesie. Polki niechętnie przyznają się do feminizmu. Ewa Lisowska podejrzewa, że zdecydowana większość z nich ukrywa poglądy.

— Wokół feminizmu narosło zbyt wiele złych skojarzeń. A wiadomo: nie należy się utożsamiać z tym, co złe. To odruch, nieświadoma reakcja. A następstwo? Kobiety, które się dostały na stanowiska kierownicze, czy założyły własne firmy i zatrudniają dużo osób, nie są już — po angielsku „gender sensitive”: wyczulone na równe traktowanie kobiet i mężczyzn — wyjaśnia prezeska Międzynarodowego Forum Kobiet.

Takie szefowe zazwyczaj wpadają w mechanizmy, wymierzone przeciw kobietom. Zapominają, jak im było trudno... Często własną sytuację utożsamiają z sytuacją każdej kobiety lub uogólniają.

Doktorka mówi, że podobne zachowania można czasem usprawiedliwić. Kobiety po prostu podpatrują, jak należy się zachowywać, by przetrwać w zdominowanym przez mężczyzn środowisku. Naśladują ich, bo własnych stylów zarządzania jeszcze nie wytworzyły — nie miały szansy! Właśnie wtedy odcinają się od feminizmu. Feministyczne poglądy nie są dobrze widziane na wysokich stanowiskach...

— Rzeczywiście, kobiety zmieniają zachowania, kiedy dostają się do zaklętych, męskich rewirów. Ale to się powoli zmienia — w końcu wypracujemy własne metody działania! Fakt, na razie dominuje męski styl. Sama zauważam u siebie męskie mechanizmy. Ale — zarządzając firmą — stosuję feminizm na co dzień. Innymi słowy: jeżeli potrzebuję pracownika, kieruję się prawie wyłącznie jego kwalifikacjami. A co do tego, że feminizm w biznesie to temat niewygodny? Też prawda. Bardzo rzadko się o tym rozmawia. Może to nie jest temat biznesowy? A może nie jest tak popularny jak golf czy lifting? — konkluduje Krystyna Chinowska.