Zimą normalni ludzie jeżdżą na nartach — usłyszał od żony, gdy przy 20-stopniowym mrozie znosił do samochodu butlę i płetwy.
Delikatna kpina nie zniechęciła go — Leszek Czwarno z Centrum Nurkowego Nowa Ama już jako dzieciak łażący po zamarzniętym jeziorze zastanawiał się, jak jest tam, „pod spodem”. W końcu zobaczył.
— Niech się schowają wszyscy artyści świata! Tafla lodu na jeziorze wygląda od spodu jak witraż. Mozaika chaotycznie rozrzuconych szczelin, rys i okluzji rozświetlonych słońcem. Uwięzione pod lodem bąble wydychanego powietrza tworzą rzeki i kałuże. Zachowują się jak rtęć na powierzchni — wciąż wędrują, niczym żywe srebro... Można się gapić godzinami — zachwyca się Leszek Czwarno.
Mucha na suficie
Żeby nurkować pod lodem, nie trzeba wyjeżdżać do ciepłych krajów, jak to czynią zimą miłośnicy zwykłego nurkowania. Wystarczy jakikolwiek zamarznięty akwen: jezioro, kamieniołomy...
— Należymy do osobliwej społeczności, która z nastaniem zimy czeka niecierpliwie, aż mróz zetnie jeziora, przykrywając je tajemniczą i piękną taflą lodu — przyznaje Piotr Gliszczyński z Centrum Nurkowego Nowa Ama.
Szukają wyjątkowych doznań: cudownych refleksów przefiltrowanego przez lód światła (czasem tworzy się tęcza w lodowych kryształach). Bawią się uwięzionymi pod taflą pęcherzami powietrza — przeganiają je, łapią, rozciągają, łączą... Ślizgają się po lodzie, a nawet — grają w podwodnego hokeja!
— Uśpiona natura. Nie spotka się tylu stworzeń, ile pojawia się latem. Wrażeń dostarcza samo przebywanie pod lodem, przestrzeń wodnej toni, skupiska powietrza „wędrujące” bezustannie po lodzie. Niesamowita atmosfera! To cudowne znaleźć się nagle w centrum tego wszystkiego. Stać do góry nogami na 40-centymetrowej warstwie lodu albo spacerować jak mucha po suficie: „przyklejając” się do lodowej tafli i pełznąć na czworakach... To jedna z naszych ulubionych zabaw. Wymaga ćwiczeń, ale sprawia wielką frajdę — opowiada Rafał Krzewiński z Mazurskiego Centrum Nurkowego im. Andrzeja Balona Tarasiewicza.
Nurkowanie pod lodem kojarzy mu się z przygodami Alicji po drugiej stronie lustra — rolę zwierciadła przejmuje skuwający jezioro, pokryty śniegiem lód. Tuż pod nim istnieje zupełnie inny świat...
— Jeszcze 50 lat temu zupełnie ludziom niedostępny. Jak kosmos! Zresztą, widać wiele analogii między światem podwodnym a przestrzenią kosmiczną. Na Księżycu lądowano tylko raz, i raz tylko batyskaf z załogą na pokładzie zszedł na dno Rowu Mariańskiego — najgłębszego miejsca na ziemi. Nigdy więcej nikt nie odwiedził tego miejsca... Ludzkość pozyskała więcej informacji, stworzyła więcej map pokrycia nieba i gwiazdozbiorów, Księżyca czy Marsa niż dna wszechoceanu — snuje refleksje Rafał Krzewiński.
Uśmiech pełną gębą
W głębinach oblodzonych jezior panuje niezwykła cisza. I nie ma podwodnego tłoku, tak uciążliwego podczas ciepłych miesięcy.
— Zimą nurkuje się w miejscach niedostępnych latem ze względu na zbyt duży ruch łodzi na powierzchni lub złą widoczność. Bo woda ma najlepszą przejrzystość zimą — widoczność dochodzi do 10-12 m. Mniej alg, glonów i zawiesiny pozwala na zrobienie naprawdę dobrych zdjęć! Emocjonuje mnie także poszukiwanie i odzyskiwanie zaginionych przedmiotów — opisuje Rafał Górecki z Centrum Nurkowego Aquamatic.
Nadzwyczajna przejrzystość wody urzekła nie tylko jego...
— Z większej perspektywy podziwiam widoki znane mi z letnich nurkowań. Bardziej czuję przestrzeń wody, która mnie otacza. Przykładem wrak Arabella, spoczywający na dnie jeziora Mamry. Latem, z racji dużej głębokości (33 m), jest tam zupełnie ciemno. Widzę tylko fragmenty oświetlone latarką. Nie jestem w stanie dostrzec całego statku. Zimą bywają dnie, że nie potrzeba latarki, by zobaczyć Arabellę w pełnej okazałości. Patrząc do góry, ujrzeć można nawet postacie stojące nad przeręblą! Z taką przejrzystością spotkałem się wprawdzie tylko raz, lecz ten obraz pozostanie w mojej pamięci do końca życia — wspomina Rafał Krzewiński.
W końcu przychodzi moment, kiedy trzeba się wynurzyć na powierzchnię. To niełatwe, choć przeręblę wycina się na kształt trójkąta, by nurkom było wygodnie z niej wyjść. Ale to i tak nie to samo, co wychodzenie z wody na brzeg.
— Śliskie krawędzie lodu omywane wodą, zmęczenie, zimno, ciężar sprzętu na plecach... Bez właściwej techniki, wyłażenie z przerębli to upokarzające przeżycie. Wyciągają człowieka za fraki, a on leży na brzuchu jak słoń morski... Wstyd i hańba, ale po widokach pod wodą gęba cała uśmiechnięta! — opowiada Leszek Czwarno.
Przyspieszone bicie serca, skoki adrenaliny, ruch wreszcie, sprawiają, że nurek nie czuje zimna.
— Raz głową w dół, raz głową w górę, na czworakach, na jednej nodze, na dwóch... A wszystko to płytko, tuż pod powierzchnią lodu, dzięki czemu nawet w mokrym skafandrze jest ciepło — dodaje Leszek Czwarno.
Marznie się dopiero po wyjściu z wody — skafander zmienia się w sztywną zbroję, a automaty pokrywa warstewka lodu. Pędzi się więc do sauny, by rozmrozić sprzęt. Bo w miejscach, do których centra nurkowe organizują wypady, zazwyczaj znajdują się bazy z zapleczem: ogrzewanymi szatniami, saunami itp.
— Wyjazd na zimowe nurkowanie wymaga sprawnej logistyki. Na wychodzących z wody nurków czeka gorąca herbata, suche ubranie, samochody. Nie nudzą się też osoby towarzyszące, bo wieczorem przewidziana jest wspólna zabawa — zapewnia Rafał Górecki.
Zbawcza przerębla
Nurkowanie pod lodem postrzega się jako sport wyczynowy. Wręcz ekstremalny — nurkuje się w zamkniętej przestrzeni, z lodowym stropem nad głową. Zaczyna się i kończy zawsze w tym samym miejscu — w przerębli, jedynej drodze powrotu. Tylko rygorystyczne przestrzeganie zasad bezpieczeństwa minimalizuje ryzyko. Przede wszystkim wymagane jest doświadczenie — o nurkowaniu pod lodem mogą marzyć tylko ci, którzy zaliczyli kurs podstawowy (posiadacze certyfikatu Advanced Open Water Diver i równorzędnych). Następnie muszą ukończyć kurs nurkowania podlodowego, obejmujący m.in. naukę asekuracji i ratownictwa. A potem? Pracochłonne przygotowania, specjalistyczny sprzęt i współpraca kilkuosobowego zespołu. Nurkowie schodzą pod lód parami — nie głębiej niż na 15-20 m i nie na dłużej niż 15-30 minut. Na powierzchni czeka wsparcie: ratownik oraz kolega stale monitorujący sytuację.
— Nurkowie odnajdują drogę powrotną do przerębli, bo jeden z nich jest przywiązany — przy pomocy specjalnej uprzęży — do pływającej liny asekuracyjnej o długości do 50 m. To prawdziwa nić Ariadny, umożliwiająca im powrót do domu... Drugi koniec liny przytwierdzony jest do śruby lodowej, wkręcanej w lód. Kolega, który asekuruje, stoi przy przerębli, cały czas, trzymając linę w lekkim napięciu. Dzięki temu płetwonurkowie komunikują się z zespołem na powierzchni — jedno szarpnięcie: wszystko w porządku, więcej szarpnięć: kłopoty i konieczność natychmiastowego wyciągnięcia spod lodu. Druga, zazwyczaj dwumetrowa, lina spina nurków, uniemożliwiając im zgubienie się pod lodem. Płetwonurkowie zaopatrzeni są też w solidne noże, latarki oraz zestawy ratownicze — tłumaczy Piotr Gliszczyński.
W niskiej temperaturze — pod powierzchnią lodu dochodzącej do 0°C, a niżej nie przekraczającej 4°C — może zamarznąć automat oddechowy. To jedno z niebezpieczeństw, czyhających na nurków zimą.
— Trzeba używać odpowiedniego sprzętu. Ciepłego, dobrze chroniącego skafandra oraz automatów oddechowych spełniających surowe normy jakości, dopuszczonych do nurkowania w zimnej wodzie. Pod lodem używa się dwóch niezależnych automatów: drugi to rezerwa na wypadek awarii — dodaje Piotr Gliszczyński.
Skompletowanie sprzętu to wydatek rzędu 6-10 tys. zł. Do tego doliczyć trzeba cenę szkoleń, a potem koszt zorganizowanych wyjazdów na nurkowania. Centra nurkowe podają, że rocznie do każdego z nich zgłasza się na kurs podlodowy od 10 do 30 chętnych. Rzadko kto się zniechęca. Przeciwwskazania do uprawiania tego sportu są takie same, jak w przypadku zwykłego nurkowania — m.in. niewydolność krążenia i układu oddechowego, choroby serca, astma, padaczka, infekcje... Chętnych do przeżycia podlodowej przygody dziesiątkuje też klaustrofobia.
