Początek polityki

Adam Sofuł
opublikowano: 21-11-2008, 00:00

Rok minął jak z bicza strzelił i premier musiał pochwalić się w Sejmie swoimi dokonaniami. I się pochwalił. Tradycji stało się zadość. Nie obyło się bez sejmowego starcia szefa rządu z liderem opozycji, które pokazało, że można się różnić, nawet bardzo, można nie szczędzić sobie krytyki i złośliwości, a jednak nie przekraczać przy tym ani parlamentarnego obyczaju, ani granic zwykłej kultury. Po tym starciu wypada jedynie żałować, że tak rzadko wodzowie obu zwaśnionych armii stają ze sobą twarzą w twarz, a tak często posyłają do boju swoich germków, nie tak biegłych w słownym fechtunku i dlatego zamiast szpadą, posługujących się maczugą lub w najlepszym razie toporem. Po tym spięciu debata wróciła do normalnego poziomu, w którym szeregowi posłowie opozycji domagali się obiecanych jakoby cudów (choć dalibóg, gdyby premier zaczął stąpać po wodzie, zostałby przez nich wyśmiany, że nie umie pływać), a posłowie koalicji zapewniali, że kurs jest słuszny, chociaż gołym okiem widać, że statek stoi na mieliźnie i najwyraźniej nie ma ochoty z niej zejść.

Czwartkowa debata o dorobku rządu daje jednak iskierkę nadziei. Paradoksalnie dlatego, że pojawiły się poważne problemy. Z jednej strony globalny kryzys finansowy, z drugiej tłumy związkowców na ulicach sprawiły, że publiczna debata zaczyna nabierać barw. Emerytury pomostowe? Reakcja na kryzys finansowy? Przyjęcie euro? Nie ma lepszych powodów do politycznej wojny. I parlament jest najlepszym ze znanych miejsc do takich potyczek. Szkoda czasu na roztrząsanie, kto kogo obraził, ile dany poseł płaci alimentów i komu, i czy bije żonę, czy nie. A tym właśnie polska klasa polityczna (chciałoby się napisać "zerówka") zajmowała się przez ostatnie miesiące. Skoro już tak wymyślono świat, że jest rząd i opozycja, i muszą się kłócić, to niech się kłócą o założenia budżetowe i system emerytalny. Siarczysta kłótnia o poważne sprawy może przynieść znacznie więcej pożytku niż mętne i miałkie pakty o nieagresji. Pod jednym warunkiem: że będą używali argumentów i faktów, a nie haseł i wyobrażeń. Może jeszcze parę kadencji parlamentu i dojdziemy do takich standardów.

Jeżeli nawet premier Donald Tusk może pochwalić dokonania poprzedników, a prezes Jarosław Kaczyński wyrażać się uznaniem o wystąpieniu premiera (na razie tylko o wystąpieniu, ale od czegoś trzeba zacząć), to może nie wszystko stracone. Może powoli zaczynamy odchodzić od ogłoszonej przez wielu publicystów epoki postpolityki, w której nie ma idei, ale są jedynie barwne opowiastki, a wracamy do polityki.. Może politycy zaczną dostrzegać fakty i rozmawiać o rzeczywistych różnicach, zamiast wymyślać nowe. Rząd od czasu do czasu może przyjąć założenie, że dogmat o nieomylności przysługuje tylko papieżowi i czasem posłucha opozycji. Ta zaś nie będzie blokować rządowych pomysłów tylko dlatego, że tak opozycji wypada, ale dlatego, że ma w danej sprawie inne zdanie. O ile w ogóle ma. Może wreszcie politycy staną się politykami, a nie telewizyjnymi bajarzami będą starali się realizować swoje pomysły na Polskę, a nie opowiadać o rzeczywistych i wydumanych wadach rywali. Pojawiła się iskierka nadziei. Ale jak uczy doświadczenie, pewnie szybko przyjdzie rozczarowanie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu