Cieszy się cała branża bankowa, ale najbardziej Kredyt Bank i BRE Bank, w które danina uderzyłaby najmocniej.
Premier zapowiedział wiosną na konwencji PO, że bankierom kłaniał się nie będzie. Jednak resort finansów mały ukłon w kierunku banków zrobił. Ministerstwo oficjalnie zapowiedziało, że na razie wstrzymuje prace nad podatkiem bankowym. Nie jest to jednak żadne ustępstwo, a krok wymuszony przez kalendarz wyborczy. Już w maju Donald Tusk zapowiedział, że daniny w tej kadencji Sejm uchwalić nie zdąży.
— Zdecydowano, że nie ma możliwości, by ten projekt został przyjęty jeszcze przez Sejm obecnej kadencji — mówi Małgorzata Brzoza, rzeczniczka Ministerstwa Finansów, zastrzegając, że nie oznacza to, iż resort w przyszłości do pomysłu nie wróci.
Tak czy inaczej branża bankowa, która w wyniki na ten rok wliczyła już podatek, może odetchnąć. Według projektu ministerstwa danina miała być liczona od pasywów banków z wyłączeniem depozytów detalicznych oraz funduszy podstawowych. Sektor finansowy — oprócz banków również SKOK-i, ubezpieczyciele, fundusze inwestycyjne — płaciłby rocznie około 730 mln zł nowego podatku.
— W niepewnej sytuacji gospodarki światowej wprowadzenie dodatkowego obciążenia podatkowego dla banków byłoby czynnikiem niekorzystnym. Szczególnie przy założeniu dotychczas prezentowanego projektu, w ramach którego wyższe obciążenie dotyczyłoby instytucji, które mają nadwyżkę kredytów nad depozytami — mówi Leszek Niemycki, prezes Deutsche Bank PBC.
Podatek boleśnie odczułyby banki, które tylko w części finansują się z depozytów detalicznych, a finansowanie pozyskują albo z rynków hurtowych, albo od spółek-matek. Andrzej Powierża, analityk DM Banku Handlowego, wylicza, że najmocniej zostałby uderzony wynik Kredyt Banku. Po wprowadzeniu podatku zmniejszyłby się o 6 proc., BRE Bank kosztowałby 5 proc., Millennium 4 proc. W najmniejszym stopniu podatek odbiłby się na wyniku dwóch największych banków detalicznych: Pekao — 2 proc., oraz PKO BP — 1 proc.
Andrzej Powierża nie jest przekonany, czy podatek bankowy jest potrzebny. Sektor bankowy dowiódł podczas ostatniego kryzysu, że jest odporny na zawirowania w światowej gospodarce. Banki szczycą się, że nie potrzebowały wsparcia ze strony rządu, co było często stosowanym rozwiązaniem w innych krajach.
— Fundusz, który mógłby służyć jako wsparcie w kryzysie, przydałby się. Ale zawsze pojawia się pytanie, kiedy zacząć odkładać na czarną godzinę. Ostrożność kłóci się z chęcią szybszego rozwoju. Nie widzę wielkiej potrzeby wprowadzania podatku, ale też nie sądzę, żeby w umiarkowanej wielkości był nieszczęściem. Przy założeniu, że nie byłby to fundusz przejęty przez budżet — mówi Andrzej Powierża.