Od 1 stycznia odbiorcy gazu mogą spodziewać się wzrostu ceny gazu. To może być koniec dla zakładów chemii ciężkiej, które już obecnie nie są w stanie za niego płacić. Nafta Polska próbuje interweniować.
Nafta Polska (NP), która jest odpowiedzialna za restrukturyzację sektora chemicznego, alarmuje. Wczoraj Maciej Gierej, szef NP, poinformował, że Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) przygotowuje się do podniesienia cen gazu, podstawowego surowca dla branży. Miałoby się tak stać już od 1 stycznia 2003 r. Tymczasem firmy azotowe, które rocznie pochłaniają 1,3 mld m sześc. gazu, płacą już 130 USD za 1000 m sześc.
Ta podwyżka to zły prognostyk dla nich.
— Cena gazu może wzrosnąć o 10-15 USD. Jeżeli tak by się stało, a cena na rynkach zagranicznych nie zmieniłaby się, oznaczałoby to polityczną decyzję likwidacji branży — mówi Jerzy Majchrzak, prezes ZA Kędzierzyn.
Cena, która sytysfakcjonowałaby chemię, to 100 USD za 1000 m sześc.
Już obecnie zakłady azotowe nie płacą PGNiG za gaz, a ich zadłużenie z tego tytułu sięga 310 mln zł.
— To jest błędne koło — ucina ekspert branży.
— Ceny gazu rosną i nie mamy innego wyjścia. Zrobimy wszystko, by podwyżka odbiła się w jak najmniejszym stopniu na branży chemicznej — mówi Stanisław Jakubowski, wiceprezes PGNiG.
Spółka próbuje na wszelkie sposoby rozwiązać swoje kłopoty finansowe, m.in. szykując kolejną podwyżkę gazu i grożąc dłużnikom odcięciem dopływu. Tymczasem chemia nie płaci, bo cena gazu, jaką proponuje PGNiG, sprawia, że ich produkty przestają być konkurencyjne. Przynosi to branży straty, które dziennie wynoszą 1 mln zł.
— Taka sytuacja powoduje, że koszty zakupu gazu przenoszone są na finalnego odbiorcę nawozów — rolnika. Ich zwiększenie może spowodować z kolei wzrost cen żywności — ostrzega Maciej Gierej.
W tym tygodniu ma się odbyć kolejna tura negocjacji między Naftą Polską a PGNiG w sprawie uporządkowania relacji między przecież ściśle zależnymi od siebie sektorami. Dotychczasowe rozmowy nie przyniosły konsensusu.