— Co dla pani? — 20 świerszczy tajskich. I jeszcze ze 30 moli woskowych. — Już pakuję. Proponuję też karmę dla świerszczy. Mole będą gratis. — A dla pana? — Mączniki i larwy drewnojada.
— Z mącznikami będzie problem, większość poleciała rano na drugi koniec Polski. Takie dialogi słyszy się w budynku przy Makowskiej na warszawskim Grochowie. Poza tym słychać też brzęczenie, buczenie, cykanie. Na 300 mkw. Jakub Urbański, właściciel firmy Fabryka Owadów, ma około 360 m sześc. pojemników z owadami. Firma działa już niemal dwa lata.
— Prawie rok trwało wyhodowanie takiej liczby owadów, żeby nie było przerw w dostawach towaru — mówi Jakub Urbański. To ważne, bo klienci — hodowcy gadów — potrzebują żywej karmy przez okrągły rok. Stąd się wziął pomysł na biznes. Jakub Urbański hodował kiedyś jaszczurki i gekony, wiedział, jakim problemem było zdobycie różnorodnej karmy. A szczególnie żywej.
Zanim wystartował z hodowlą, większość owadów przyjeżdżała do Polski z Niemiec, Czech i Słowacji. Docierały niezbyt świeże, w dostawach były przerwy. Jakub Urbański i jego Fabryka Owadów zapełniają lukę na rynku. A jest co zapełniać.
Pionierski biznes
W Polsce około 100 tys. osób zajmuje się terrarystyką. Jako jeden z redaktorów największego w kraju portalu o hodowli gadów Jakub Urbański wiedział, jak do nich dotrzeć. Najpierw musiał się jednak dowiedzieć, jak hodować owady na wielką skalę. Nie było to proste, bo w Polsce był pionierem (przed nim działało kilka „garażowych” hodowli z 1-2 gatunkami), a hodowcy z najbardziej rozwiniętych rynków Niemiec i Holandii nie mieli ochoty dzielić się wiedzą.
Nic dziwnego. Zanim Fabryka Owadów pojawiła się na polskim rynku, 90 proc. karmy importowano. Urbański przez rok doszedł do około 1000 litrów owadów karmowych miesięcznie (w tym, jako jedyny w Europie, hoduje na dużą skalę świerszcze tajskie) i co miesiąc zwiększa produkcję o 20-30 proc. Podobnie rosną obroty firmy.
Fabryka Owadów zdominowała rynek sprzedaży na Allegro. Jakieś 60 proc. kupowanych tam owadów karmowych pochodzi z hodowli Jakuba Urbańskiego, który dzięki wysokim standardom pakowania i obsługi stale zwiększa udział w rynku. Za pośrednictwem poczty i kurierów dostarcza owady do hodowców, laboratoriów i instytucji naukowych, ogrodów i sklepów zoologicznych, lecznic dla zwierząt.
Pieniądze z Unii
Jakub Urbański zainwestował w firmę 150 tys. zł. Ruszył dzięki 40 tys. zł dotacji z Unii Europejskiej z programu „Warszawa stolicą ambitnego biznesu” (II miejsce w konkursie na biznesplan) i wsparciu pomostowemu udzielonemu na rok. Resztę pokryły oszczędności, pożyczki od rodziny i przyjaciół.
— Za te pieniądze kupiłem za granicą stada zarodowe, które posłużyły do wyprowadzenia własnych linii hodowlanych. Wynająłem pomieszczenia w dawnej fabryce, przystosowałem je do utrzymywania wysokiej temperatury, opracowałem metodę hodowli i znalazłem dostawców pożywienia dla świerszczy, karaczanów i mączników — wspomina właściciel Fabryki Owadów.
Po 1,5 roku eksperymentów opracował optymalną mieszankę karmową, którą przygotowuje z dostępnych produktów. Ta zasada przyświeca Urbańskiemu na każdym kroku. Do zbudowania pomieszczeń dla owadów wykorzystał płytę osb, plastikowe pojemniki z Ikei, wytłoczki na jajka i pojniki dla drobiu.
Pasztetowa ze świerszcza
„Zapraszamy, u nas przez okrągły rok jest 30°C” — pisze właściciel Fabryki Owadów na Facebooku, który jest na razie głównym narzędziem marketingowym firmy.
— Ogrzewanie to największy koszt przedsięwzięcia — twierdzi Jakub Urbański. Pozostałe to wynagrodzenia, opakowania i transport. Same owady to grosze. W hurcie litr owadów kosztuje od 18 do 40 zł zależnie od gatunku. W Fabryce Owadów pracuje osiem osób. Większość to studenci zootechniki. Jest też kilku licencjatów, którzy wykonują w hodowli badania do swoich prac.
— Jako naukowiec mogę pomóc w poprawnym przeprowadzeniu eksperymentów. Ich wyniki pozwolą lepiej poznać fizjologię owadów i posłużą do rozwoju hodowli — wyjaśnia swoją politykę właściciel firmy. A plany ma ambitne. Owady dla terrarystów lub naukowców to tylko początek.
— To pokarm przyszłości. W Holandii można kupić coś w rodzaju metki lub pasztetowej ze świerszczy — mówi rzutki 34-latek. I już współpracuje z technologami żywności.
Milion złotych obrotu
Dwa lata temu nie miał pojęcia o prowadzeniu przedsiębiorstwa. Ale szybko się uczy i nie boi się pomysłów, które wydają się rodem z powieści science fiction. Zainwestowane pieniądze właśnie zaczynają się amortyzować, ale Jakub Urbański wie, że przy olbrzymim popycie skala produkcji będzie wielokrotnie wyższa. Przez pierwsze 1,5 roku działalności firma nie potrzebowała żadnej reklamy, a popyt wciąż rósł.
— Nie boję się myśleć o 10-, 20-krotnym zwiększeniu skali. Jedyne, co mnie ogranicza, to fizjologia owadów — mówi naukowiec. Dlatego większą część zysków inwestuje w kolejne pomieszczenia, w których powiela opracowany schemat hodowli, za każdym razem go udoskonalając.
Przez rok zamierza kupić lub wybudować halę o powierzchni około 1000 mkw., w której wprowadzi automatyzację produkcji. Już teraz temperatura w pomieszczeniach, wilgotność i oświetlenie są sterowane elektroniczne. Dalsze usprawnienia mają wyeliminować błędy wynikające z pracy ludzi, co jest najpoważniejszym zagrożeniem dla tego typu hodowli. Na razie obroty firmy sięgają kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie.
— Po rozbudowie, wdrożeniu automatyzacji produkcji i utrzymaniu zatrudnienia na poziomie około 10 osób w perspektywie roku, półtora przewiduję 1 mln zł rocznie obrotu — mówi przedsiębiorca. Przy kosztach sięgających połowy tej kwoty.
Cenne odchody
Jakub Urbański jest świetnym organizatorem, bardzo wyczulonym na kwestie społeczne, ochrony środowiska, recyklingu. Planuje zatrudnianie osób niepełnosprawnych, dotkniętych autyzmem, trwale bezrobotnych. Pokarm kupuje od rolników pozbywających się odpadów (obite jabłka, nierówne główki kapusty). Owady zjadające miesięcznie około 1,5 tony jabłek, marchwi i kapusty, dostarczają w tym czasie jakąś tonę odchodów. To wygodny, z natury granulowany, wyśmienity nawóz. Wkrótce biznesmen będzie go sprzedawał.
Planuje też produkcję granulatu opałowego ze zużytych wytłoczek, który w niedalekiej przyszłości będzie też służył do ogrzewania hodowli. Nadwyżki hodowlane albo owady niepełnowartościowe ma zamiar przerabiać na suchą karmę. Na razie oprócz żywych owadów sprzedaje karmy dla nich, bo świerszcz czy szarańcza, zanim zostaną zjedzone, też muszą coś jeść.
Jeśli chodzi o etyczną stronę tego biznesu, Jakub Urbański ma czyste sumienie. Uważa, że jego owady mają rewelacyjne życie. Bez żadnych naturalnych wrogów mogą jeść i mnożyć się do woli. Dopóki nie znikną w paszczy gekona czy warana… Ale jeśli zacznie produkować szarańczę na pasztety?
— To zwierzęta zmiennocieplne. Można je w humanitarny i całkowicie bezbolesny sposób uśmiercać, obniżając temperaturę. Spowalnia to wtedy ich metabolizm, aż zasypiają — twierdzi hodowca. Nie chce tracić kontaktu ze światem nauki. Ma umowę z SGGW — studenci odbywają u niego praktyki. Myśli o współpracy z placówkami badawczymi i rozpoczęciu badań nad gigantycznym, zupełnie jeszcze nierozpoznanym potencjałem biotechnologicznym owadów.
— To byłoby ukoronowaniem moich marzeń o połączeniu wykształcenia z prowadzeniem firmy — ocenia Jakub Urbański. &
