Politycy zaczynają słuchać opinii przedsiębiorców
Politykom zależy na zdobyciu głosów wyborców. Mogą to uzyskać przekonując ich do swoich pomysłów (wymaga wysiłku i jest ryzykowne), mogą też postąpić zgodnie z oczekiwaniami obywateli (znacznie łatwiejsze). To nierealistyczne oczekiwania są najczęściej źródłem błędnych decyzji w polityce gospodarczej.
Przez kilkadziesiąt lat Polacy żyli w warunkach gospodarki centralnie sterowanej, w szkołach nie uczono ekonomii, a na uczelniach wykładano ekonomię socjalizmu. Sam tego doświadczyłem studiując na Politechnice Warszawskiej.
Większość Polaków, pozbawiona podstawowej wiedzy ekonomicznej, nie umiejąc przewidzieć skutków gospodarczych decyzji politycznych, nie potrafi dokonywać racjonalnych wyborów. Ludzie ci pogubili się w nowej rzeczywistości, boją się konkurencji, która przecież jest fundamentem gospodarki rynkowej. Często opowiadają się za interwencjonizmem państwa, zapominając o jego negatywnych skutkach. W warunkach gospodarki rynkowej Polska zaczęła się szybciej rozwijać, prywatne przedsiębiorstwa są coraz lepiej zorganizowane i zarządzane, trafniejsze inwestycje przynoszą większe efekty, wynagrodzenia są bardziej powiązane z wydajnością pracy. Ale jednocześnie, konieczność konkurowania na rynku pracy znaczną część ludzi przeraża, zamiast mobilizować. Wielu woli mieć mniej, ale bez wysiłku i ryzyka.
W Polsce mamy obecnie do czynienia ze zjawiskiem, które wystąpiło w Afryce po upadku kolonializmu. Mieszkańcy tego kontynentu sądzili, że są biedni, ponieważ wyzyskują ich kolonialiści i wierzyli, że z chwilą odzyskania wolności staną się bogaci. Okazało się, że sama wolność nie wystarcza, a niskie wykształcenie, zapóźnienie technologiczne, brak kapitału uniemożliwiają szybkie wyrwanie się z biedy. Znaczna część Polaków również sądziła, że wystarczy wyzwolić się spod dominacji Rosji, by zapanował dobrobyt, nie dostrzegając, jak daleko zostaliśmy w tyle przez czterdzieści lat komunistycznych rządów. Nawet rozwój gospodarczy w tempie 6 proc. rocznie, utrzymywany przez kilka lat, który pozwala podwoić dochód narodowy przypadający na mieszkańca w ciągu 10 lat, nie cieszy, kiedy ogląda się na ulicy nowy dom i samochód sąsiada, a w telewizji amerykańskie filmy.
Na szczęście sytuacja ta zmienia się. Proces dekomunizacji prawa, instytucji państwa i mentalności obywateli postępuje systematycznie, choć nie tak szybko, jak byśmy pragnęli. Szkoły niestety nadal nie wypełniają swojej funkcji w zakresie edukacji ekonomicznej, ale coraz lepsze rezultaty daje nauka za pośrednictwem gazet, radia i telewizji. Jeszcze niedawno dwie trzecie Polaków opowiadało się za dotowaniem nierentownych przedsiębiorstw państwowych i sądziło, że można skrócić czas pracy bez obniżenia wynagrodzeń. Dzisiaj już tylko jedna trzecia wierzy w takie cuda. Większość Polaków nie dała się nabrać i nie poparła projektu uwłaszczenia w wydaniu profesora Bieli.
Coraz więcej polityków ma świadomość, że wyborcy będą ich rozliczać oceniając gospodarcze skutki ich decyzji. 80 proc. Polaków uważa, że posłowie zbyt mało czasu poświęcają gospodarce. Wzrastające bezrobocie sprawia, że postulaty przedsiębiorców wysłuchiwane są z większą uwagą. Dotychczas politycy, szczególnie wywodzący się ze związków zawodowych, z góry odrzucali wnioski organizacji przedsiębiorców, zakładając, że będą niekorzystne dla pracowników.
W państwach rozwiniętych politycy z uwagą słuchają opinii przedsiębiorców, szczególnie tych, którzy odnoszą sukcesy. Jeżeli firmy będą się rozwijać, powstaną miejsca pracy i wzrosną płace, wtedy będący u władzy politycy mogą liczyć na ponowny wybór. W Polsce ta banalna prawda również przebija się do świadomości polityków. Można przewidywać, że współpraca pracodawców z kolejnymi rządami będzie się rozwijać, przynosząc korzyści obu stronom i umożliwiając Polsce szybki i długotrwały wzrost gospodarczy.
Jeremi Mordasewicz
BCC