Premier Donald Tusk ocenił podczas konferencji prasowej kończącej szczyt UE, że szanse Jerzego Buzka na stanowisko szefa PE są większe niż przed spotkaniem w Brukseli. Tusk zastrzegł jednocześnie, że mówi to jako szef Platformy Obywatelskiej, a nie jako szef polskiego rządu.
Według Roberta Tyszkiewicza (PO) po szczycie w Brukseli można powiedzieć, że Buzek jest już bliżej fotela szefa europarlamentu. "Uważam, że głosy płynące z obozu francuskiego - choć jeszcze nieoficjalne, ale wyraźne w wypowiedziach dyplomatów - oraz cała operacja dyplomatyczna, którą rząd prowadził podczas szczytu sprawiła, że dziś możemy powiedzieć, iż szanse Buzka są większe niż jego kontrkandydata (Włocha Mario Mauro), podczas gdy przed szczytem mówiło się, że szanse są porównywalne" - zaznaczył.
Jak podkreślił, dopóki Włosi nie wycofają kandydatury Mario Mauro lub gdy nie nastąpi głosowanie we frakcji Europejskiej Partii Ludowej, nie można mówić o sukcesie. "Ale wiele wskazuje na to, że strategia Włochów jest taka, że w razie wycofania Mauro będą chcieli ugrać jak najwięcej dla swojej reprezentacji w PE" - powiedział Tyszkiewicz.
Andrzej Grzyb (PSL) uważa, że trudno było oczekiwać, że premier Włoch Silvio Berlusconi wycofa forsowanego przez siebie kandydata. "Nie dziwię się, że Berlusconi jako premier dużego kraju nie odpuszcza, ale myślę, że ważne są te symptomy poparcia dla Buzka ze strony Niemiec i Francji" - zaznaczył polityk.
Szef SLD Grzegorz Napieralski zwraca z kolei uwagę na rolę, jaką mogą w sprawie Buzka odegrać europosłowie Sojuszu.
"Nie wiem, jak premier walczy o szefa PE, ale przypominamy, że aby kandydatura została zaakceptowana dwie największe frakcje w europarlamencie - chadecka i socjalistyczna - EPL i PES) muszą się zgodzić" - podkreślił Napieralski. Przypomniał, że szef UKIE Mikołaj Dowgielewicz powiedział, "że wiele zależy od siedmiu europosłów SLD". "Możemy przekonywać frakcje europejskich socjalistów, ale problem jest w tym, że nikt z Sojuszem nie chce na ten temat rozmawiać" - dodał.
Z kolei według Karola Karskiego (PiS) od początku było wiadomo, że spotkanie premierów Polski i Włoch, które odbyło się w czwartek, nie spowoduje wycofania włoskiego kandydata. W tym sensie - jego zdaniem - szczyt UE nie zmienił sytuacji Polaka.
"Trzeba poczekać do ostatecznych decyzji. Pan premier Tusk i PO są zakładnikami kandydowania pana premiera Buzka na to stanowisko, bo uczynili tę sprawę jednym z elementów kampanii wyborczej, więc muszą walczyć do końca" - stwierdził poseł PiS.
Politycy odnieśli się też do innych kwestii, którymi zajmowała się Rada Europejska. Zdaniem przedstawicieli rządowej koalicji wskazanie Jose Manuela Barroso na następną kadencję szefa Komisji Europejskiej jest dobrą decyzją. Z kolei opozycja uważa, że Barroso nie jest "dobrym wyborem dla Europy", oraz zarzuca rządowi zbyt późne oficjalne poparcie dla Portugalczyka.
Tyszkiewicz pytany o czwartkową decyzję szefów państw i rządów Unii Europejskiej, którzy zgodzili się na kandydaturę Barroso na drugą kadencję szefa KE odparł, że to dobra decyzja i jednocześnie zgodna z deklaracjami frakcji EPL, do której należy PO i PSL.
Zdaniem Grzyba wskazanie na Barroso jest dobrą wiadomością. "To rozwiewa wątpliwość zasianą przez informację ze strony frakcji europejskich socjalistów i liberałów, którzy powiedzieli, że będą przeciwni kandydaturze Barroso w PE" - powiedział PAP Grzyb.
Jego zdaniem liberałowie i socjaliści będą w zamian za poparcie Portugalczyka prawdopodobnie oczekiwali jakichś rekompensat dla siebie.
Grzyb zwraca uwagę, że rekomendowanie Barroso na następną kadencję w KE jest potwierdzeniem dobrego wyniku, jaki uzyskały ugrupowania należące do EPL w czerwcowych wyborach. Jak podkreślił to, iż szefem KE zostanie przedstawiciel małego kraju w UE pomoże zachować balans między interesami państw dużych, a średnich i mniejszych we Wspólnocie.
Polityk PSL podkreślił, że Polska ma bardzo dobre relacje z Barroso i z dużym prawdopodobieństwem może oczekiwać, że dostanie propozycję objęcia jednej z ważnych tek w Komisji, w szczególności związanej ze sprawami gospodarczymi.
Karski zaznaczył, że już wcześniej było przesądzone, że Barroso zostanie szefem KE. Polityk PiS wypomina w tym kontekście rządowi brak wczesnego oficjalnego poparcia dla Portugalczyka.
"Do dnia wczorajszego oficjalnie poparło go 12 państw, a polski rząd tego nie zrobił, jednocześnie deklarując, że Barroso jest wielkim przyjacielem Polski" - zaznaczył Karski.
Jak dodał, jeszcze w środę na posiedzeniu komisji ds. UE przedstawiciel MSZ mówił, że Polska tej kandydatury oficjalnie nie popierała, a jedynie skłaniała się by to zrobić. "To chyba niedopatrzenie" - ocenił.
Karski zwrócił uwagę, że Barroso jako desygnowany na szefa KE w następnej kadencji będzie miał wpływ na podział tek w komisji. Zwrócił uwagę, że stary-nowy szef KE stara się wpływać na obsadę komisji tak, by państwa zainteresowane jakimś resortem i mające w tym jakiś interes dostawały odpowiedni przydział. "Byłoby lepiej, gdybyśmy tę kandydaturę oficjalnie poparli wcześniej" - ocenił polityk.
Zdaniem Napieralskiego, Barroso, który nadal ma pełnić funkcję przewodniczącego KE "to dobry wybór". "To osoba, która sprzyjała Polsce, pomagała w naszych przedsięwzięciach, uczestniczyła w różnych naszych uroczystościach" - powiedział.
Jednak - podkreślił Napieralski - "to zły wybór dla Europy". "To polityk konserwatywnej prawicy, odpowiedzialny za to, że kryzys w Europie jest tak głęboki" - dodał.