Informatyzacja urzędów postępuje, ale zwykły użytkownik nie ma z tego wiele korzyści.
zeszłym roku euforię wśród firm informatycznych wywołała zapowiedź, że państwo do 2010 r. wyda 2,6 mld zł na informatyzację administracji. Tempo i zakres tego procesu miał wyznaczać przygotowany w 2007 r. Plan informatyzacji państwa. W ubiegłym roku miała wystartować realizacja 16 kluczowych projektów informatycznych wspieranych przez Unię Europejską. Zrealizowano tylko kilka z nich — m.in. planowo postępuje realizacja projektów e-PUAP oraz e-Deklaracje. Pierwszy z nich umożliwi urzędom przyjmowanie od 1 maja podań przez internet. E-Deklaracje ruszyły od początku roku i umożliwiają dużym firmom rozliczanie się z fiskusem przez internet. Pozostałe miały znacznie mniej szczęścia.
Koordynacją informatyzacji państwa zajmuje się Komitet Rady Ministrów ds. Informatyzacji i Łączności. Od wyborów nie zebrał się ani razu.
Nie czas na RUM
Część projektów jest znacznie opóźniona, w tym system PESEL 2, nad którym pracuje ministerstwo odpowiadające w rządzie za informatyzację — MSWiA. Przykładem klęski Planu informatyzacji państwa są też dwa projekty, których założeniem było usprawnienie działania służby zdrowia. Rejestr Usług Medycznych (RUM) miał kosztować 400 mln zł, a platforma gromadzenia, analizy i udostępniania zasobów cyfrowych o zdarzeniach medycznych — nawet 1,5 mld zł. Termin uruchomienia? Nieznany. Z nie do końca jasnych powodów kilkakrotnie przesuwano datę oddania do użytku RUM. Ostatni deadline to II połowa 2008 r.
Część projektów straciła unijne dofinansowanie podczas weryfikacji listy projektów kluczowych, które przeprowadził w styczniu resort rozwoju regionalnego. Bez pieniędzy z Unii o realizacji większości z nich możemy tylko pomarzyć. Zdaniem Michała Duszaka z Instytutu Łączności, informatyzacja urzędów postępuje, ale często widać to bardziej od środka urzędów, a zwykły użytkownik nie ma z tego zbyt wiele korzyści.
— Dziś na stronach urzędów mamy olbrzymią liczbę informacji. Możemy tam na przykład znaleźć wszelkiego rodzaju formularze. Problem pojawia się w momencie, kiedy chcemy je złożyć. W tym celu musimy iść do urzędu i podpisać się w obecności urzędnika. Wyjątkiem jest tu Urząd Skarbowy, ale on dostaje informacje z dwóch źródeł — od nas i naszego pracodawcy — wyjaśnia Michał Duszak.
Jego zdaniem, wielkim udogodnieniem byłaby możliwość umówienia się na wizytę w urzędzie drogą elektroniczną.
— Na szczęście zniesiono znaczki i opłaty skarbowe — dodaje Michał Duszak.
Ponadto w rozwoju e-administracji w Polsce przeszkadzają przyzwyczajenia naszych rodaków. Gros z nich przy wypełnianiu dokumentów potrzebuje pomocy urzędnika.
— Potrzeba wiele przede wszystkim edukacji, by e-administracja zaczęła funkcjonować. Najpierw należy wdrożyć e-podpis, ludzie muszą nauczyć się samodzielnie wypełniać dokumenty, poznać, jak je wysłać, a następnie na stronie internetowej prześledzić, w jaki sposób załatwiana jest ich sprawa — twierdzi Michał Duszak.
Brakujące ogniwo
Od 1 kwietnia wszyscy podatnicy mogą złożyć PIT drogą internetową. Od maja we wszystkich urzędach administracji publicznej mają powstać elektroniczne skrzynki podawcze, które pozwolą na złożenie wniosku lub podania bez konieczności wychodzenia z domu. Niestety, funkcjonowanie tych i wielu innych udogodnień nie będzie możliwe bez elektronicznego podpisu kwalifikowanego, czyli mającego certyfikat poświadczający tożsamość podpisującego. Wprowadzenie ustawy o podpisie elektronicznym z 2001 r. przesuwano wiele razy, tym razem na połowę 2008 r. Zdaniem części ekspertów, główny powód wprowadzenia nowego obowiązku to lobbing centrów certyfikacji. Eksperci podkreślają też, że zabezpieczanie niektórych dokumentów nie wymaga zastosowania tak złożonych instrumentów, jak kwalifikowany podpis elektroniczny. Ponadto dla małych firm zbyt wysoka może być ich cena — 200-300 złotych i do tego coroczna lub dwuletnia opłata za odnowienie certyfikatu w wysokości 50-100 złotych. Rezultat? Na 22 miliony podatników tylko 1867 złożyło w urzędach skarbowych oświadczenie, że zamierzają przesłać elektroniczny PIT.
— Osoby prywatne na pewno nie będą kupować zestawów do podpisu kwalifikowanego, żeby raz w roku złożyć deklarację podatkową — uważa Paweł Krawczyk z Ipsec.pl.
Zaledwie 624 firmy w tym roku złożyły e-deklaracje. Z e-podpisu korzysta 32 proc. dużych przedsiębiorstw i zaledwie 10 proc. małych firm. W Polsce sprzedażą zestawów do składania e-podpisów zajmują się centra rejestrowe — Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych (pod marką Sigillum), Krajowa Izba Rozliczeniowa i Unizeto (pod marką Certum). Ich przedstawiciele twierdzą, że zainteresowanie podpisem elektronicznym rośnie. Według Adama Dąbrowskiego z Unizeto, w ciągu 6 lat firma sprzedała 13 tysięcy certyfikatów. Przez ostatnie 3 miesiące — około tysiąca. l
Jeszcze poczekamy
Piotr Waglowski, serwis VaGla.pl
Istotnym problemem w procesie informatyzacji państwa jest to, że mamy wolną amerykankę jeżeli chodzi o standardy techniczne. Każdy z resortów wdraża swoje elementy informatyzacji, mimo że ustawa miała działać horyzontalnie i walczyć z resortowością. Rynek teleinformatyczny chce oferować administracji swoje usługi. Nie ma w tym nic złego. Problem jest w tym, że każdy producent dąży do tego, by jego produkt był niekompatybilny z produktami konkurencji. Powód? Odbiorca będzie zmuszony zrealizować kolejne zakupy u niego. Wadliwa jest ustawa o podpisie elektronicznym. Można jej zarzucić wiele, m.in. to, że jest sprzeczna z prawem unijnym, a jako dokument nieprecyzyjny jest barierą dla rozwoju e-government w Polsce.
Bartosz Dyląg