Polskie firmy śnią o Dolinie Krzemowej

Start-upy: Pierwsze kroki w Dolinie Krzemowej do najłatwiejszych nie należą. Tym bardziej że polskie formuły biznesowe różnią się od tamtejszych

Działać w skali globalnej — to marzenie kusi wiele młodych firm z Polski. Coraz odważnej zerkają więc w stronę rynku amerykańskiego i oczywiście samej Doliny Krzemowej. Ale na miejscu okazuje się, że podobnych im są tam już miliony. Muszą się więc mocno rozpychać łokciami, a dodatkowo błyskawicznie wyzbyć przyzwyczajeń z rodzimego rynku i dostosować do nowych reguł gry.

Centrum San Jose w amerykańskiej Dolinie Krzemowej - siedziba większości światowych technologicznych korporacji (FOT. Michael/Wikipedia Commons)
Zobacz więcej

Centrum San Jose w amerykańskiej Dolinie Krzemowej - siedziba większości światowych technologicznych korporacji (FOT. Michael/Wikipedia Commons)

Start za oceanem

Biznesową przygodę ze Stanami Zjednoczonymi rozpoczął Kamil Kuchta, współwłaściciel notowanej na NewConnect spółki InPoint, dostawcy rozwiązań IT dla firm świadczonych usługi za pośrednictwem internetu. Postawił na rynek loterii narodowych i z USA poszukuje na całym świecie odbiorców dla projektu Globlotto.com. W Palo Alto założył biuro i oficjalnie zarejestrował działalność — to uwiarygodnia firmę w oczach międzynarodowych kontrahentów i upraszcza formalności związane z prowadzeniem interesów.

— Do USA wyjeżdża się po to, by skalować biznes. W Dolinie Krzemowej łatwiej o nowe kontakty, bo są tu ludzie z całego świata, zarówno ci, którzy próbują rozwijaći promować nowe produkty, jak i inwestorzy czy kontrahenci. Atmosferę dodatkowo podsyca panujący tu klimat innowacyjności — mówi Kamil Kuchta.

Przepustką — a raczej katalizatorem, bo pierwsze próby rozeznania na amerykańskim rynku firma podjęła samodzielnie — do Doliny Krzemowej okazał się dla niego US-Poland Innovation Hub, czyli organizowany przez Polsko-Amerykańską Radę Współpracy program akceleracyjny, którego celem jest przygotowanie polskich innowacyjnych firm do wejścia na globalny rynek. InPoint był uczestnikiem pierwszej edycji programu. Akcelerator pomógł firmie m.in. przygotować się do rozmów z inwestorami i mentorami.

— Młodzi przedsiębiorcy, jadąc do Doliny Krzemowej, często nie rozumieją panujących tam schematów. Najpierw trzeba sobie uświadomić, że inwestorzy każdego dnia otrzymują mnóstwo pomysłów biznesowych do oceny, nie mają czasu na długie wywody… na prezentacje mamy czasem tylko minutę. W Polsce od pomysłodawców, zwłaszcza ubiegających się o dotacje unijne na rozwój firmy, wymaga się rozpisanych, szczegółowych biznesplanów i założeń na najbliższe lata. W USA podstawą jest produkt, liczy się model biznesowy i zespół. Tu biznesy cały czas ewoluują, szuka się dla nich najlepszych modeli i na bieżąco konfrontuje je z rynkiem. Wiele start-upów wyjeżdża z Doliny Krzemowej z konceptem innym niż ten, z którym przyjechały. Bo tu jeździ się również po informacje o rynku, trendach,działaniach podobnych firm itp. — opowiada Kamil Kuchta.

Zmiana kierunku

Ze zmienioną wizją produktu z USA wrócił do kraju również Krzysztof Pulkiewicz, partner w BCMLogic, firmie tworzącej rozwiązania IT dla biznesu oraz świadczącej usługi doradcze w obszarze zarządzania i IT.

— Na podstawie rozmów i współpracy z akceleratorem US Market Access Center (US MAC) w Dolinie Krzemowej przygotowaliśmy propozycję rozwiązań z zakresu analityki biznesowej dla małych i średnich firm. Dostosowujemy narzędzie dedykowane dużym firmom do potrzeb mniejszych biznesów. Prowadzimy obecnie prace nad przygotowaniem produktu na polski rynek. Ma on pomagać małym i średnim firmom w zarządzaniu finansami, działalnością operacyjną oraz umożliwić lepszą współpracę wewnątrz zespołu i w interakcji z klientami — wyjaśnia Krzysztof Pulkiewicz. Prace mają potrwać do trzech miesięcy, potem zaplanowano kolejny wyjazd do Stanów Zjednoczonych. A na miejscu dalsza praca nad projektem, spotkania i networking.

— W Dolinie Krzemowej najłatwiej odnaleźć się, korzystając ze wsparcia akceleratorów, bo wokół nich skupione jest też środowisko inwestorskie. Działając samodzielnie — przynajmniej na początku — trudniej jest się przebić, umówić z konkretnym inwestorem. My działaliśmy dwutorowo, przez US MAC (z pośrednictwem Silicon Valley Acceleration Center) i indywidualnie, uczestnicząc w spotkaniach networkingowych. Te przybierają różną formułę, od spotkań oko w oko z inwestorem, przez elevator pitch, czyli szybkie, publiczne prezentacje biznesu, po nieformalne imprezy, w których uczestniczą także inwestorzy. Udział w takich spotkaniach jest często płatny — opowiada Krzysztof Pulkiewicz.

BCMLogic obecnie współpracuje już z funduszem Profound Ventures (prowadzonym przez Piotra Sienkiewicza). Biznesowe i finansowe wsparcie, jakie w związku z tym otrzymała firma, stanowi spore ułatwienie przy rozwijaniu działalności na rynku Stanów Zjednoczonych. Jak wylicza Krzysztof Pulkiewicz, z wyjazdem do Doliny Krzemowej wiążą się koszty rzędu 10 tys. zł za miesięczny pobyt (wliczając przelot, utrzymanie, ceny szkoleń, uczestnictwa w imprezach networkingowych itp.).

Biznes na miejscu

Łatwość nawiązywania kontaktów i otwartość bardzo się przydają, ale czy nie stoją w sprzeczności z interesami start-upowców? W końcu konkurencja jest tuż obok.

— O pomysłach na biznes mówi się dość otwarcie, bo sam pomysł to jedno, drugie to zespół i praca. Nie ma też zwyczaju podpisywania klauzuli poufności przed każdym spotkaniem z inwestorem, bo piętrzyłoby to listę formalności. Często też dużo więcej niż wstępny szkic projektu warte są uwagi i podpowiedzi doświadczonych inwestorów czy mentorów — mówi Krzysztof Pulkiewicz.

Ale wszelkie prawa do nowego produktu czy rozwiązania warto zabezpieczyć, gdy przystępuje się do wprowadzania go na rynek. — W Polsce nie docenia się wartości własności intelektualnej, inaczej jest w Stanach Zjednoczonych. Tu na licencjach czy sprzedaży praw do wykorzystywania produktu lub technologii można naprawdę dużo zarobić. W USA rozpoczęliśmy więc proces patentowy dla rozwiązania, dla którego szukamy obecnie odbiorców — platformy internetowej pozwalającej użytkownikom m.in. na grupowanie się i wspólny zakup losu na loteriach — zaznacza Kamil Kuchta z InPoint.

Jego zdaniem dość spora otwartość ludzi w Dolinie Krzemowej i ciągłe rozmowy z nimi pozwalają uniknąć wielu błędów. I wciąż powtarza się zdanie: „It’s OK to fail” (porażka to nie koniec świata, trzeba się szybko pozbierać i próbować dalej, korygując błędne założenia).

OKIEM EKSPERTA

Z Polski do Kalifornii

KRZYSZTOF KOWALCZYK

partner zarządzający HardGamma Ventures

Od około trzech lat polskie start-upy są coraz bardziej widoczne w Dolinie Krzemowej. Część jedzie zapoznać się z najbardziej skondensowanym ekosystemem przedsiębiorczości technologicznej, inni szukają klientów, a jeszcze inni od razu próbują znaleźć inwestora. To ostatnie — o ile nie ma się tempa przyrostu użytkowników podobnego do Facebooka lub Instagrama — jest trudne, szczególnie jeżeli nie mieszka się i nie ma wyrobionych kontaktów w Dolinie. Dobrym sposobem ich zbudowania są regularne wizyty, choćby przy okazji większych konferencji start- -upowych, jak TechCrunch Disrupt czy Launch.

Pomysły, z którymi polscy przedsiębiorcy atakują Dolinę Krzemową, nie ustępują w niczym tamtejszym — dobrym przykładem jest Codility, które doczekało się dwóch klonów, wspartych przez tak znane akceleratory jak Y-Combinator i i/o ventures.

Niestety start-upy z Europy nadal nie dostrzegają skali rynku amerykańskiego i możliwości budowy biznesu globalnego na podstawie tamtejszego rynku. Z tego powodu często rozmijają się z oczekiwaniami amerykańskich inwestorów, którzy szukają nisz wielkości miliardów dolarów i biznesów z dużym potencjałem.

OKIEM EKSPERTA

Poradnik dla startujących

BARTŁOMIEJ GOLA

partner zarządzający SpeedUp Venture Capital Group

Większość polskich start-upów, wyjeżdżając do Doliny Krzemowej, chce dotknąć mekki przedsiębiorczości internetowej i marzenia, o którym śnią każdej nocy. Na miejscu poszukują więc inwestorów, klientów dla biznesu, kontaktów — przed wyjazdem warto określić cel podróży.

Trzeba też dobrze przygotować podróż, nigdy nie wolno jechać w ciemno, szczególnie jeśli będzie to pierwszy pobyt w Dolinie Krzemowej. Budowanie sieci kontaktów nie następuje z dnia na dzień, dlatego jeśli tam jechać, to minimum na 2-3 tygodnie.

A czy w ogóle jechać?

Oczywiście, że tak. Należy jednak rozsądnie zarządzać oczekiwaniami. Dolina Krzemowa nie jest krainą Oz, gdzie rzeczy dzieją się w magiczny sposób. Czasem wracającym towarzyszy rozczarowanie. Ale zawsze wraca się bogatszym o doświadczenie, inspirację i energię do dalszego działania.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Bełcik

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Firmy / Polskie firmy śnią o Dolinie Krzemowej