Pomnik przy wódzi

Karol Jedliński
opublikowano: 2007-08-21 00:00

reportaż Francuski princ nie chce ogrodzonych osiedli ani wymuskanego szkła i stali. Na praskiej Szmulowiźnie rządzić mają racuchy pani Tereski i bose dzieciaki.

Warszawska Praga: piękna, bo stara, z niepowtarzalnym klimatem. Ostatnio coraz modniejsza. Kusi artystów. Większość jednak ogląda ją z niesmakiem i wraca na lewą stronę Wisły. Czasem jakiś deweloper postawi tu małe osiedle. Szczelnie ogrodzone, z ochroniarzami i z kamerami. O ładny widok z okna trudno. Stary skrawek dzielnicy, której życie koncentruje się gdzieś w okolicach bazaru Różyckiego, przypomina ruinę. Raptem kilkanaście odnowionych kamienic. Jak przy Ząbkowskiej, gdzie rozsiadły się nowe knajpki. Tu miejscowych nie uświadczysz, piwo za drogie.

W bocznych uliczkach jest za to czas i miejsce na spokojne wyczekiwanie łupnięcia o chodnik kolejnego oderwanego kawału muru. Tutaj, na ul. Nieporęckiej 12, działa największa w mieście ścianka wspinaczkowa. Absurd?

— Nic nie kasujemy, trzeba się tylko wcześniej umówić. Bite dwadzieścia pięć metrów, byle amator się nie wdrapie — zastrzega Gildas Boursin, pomysłodawca ścianki.

(Nie)ciekawa okolica

Po wejściu na szczyt najpierw widać Szmulowiznę i dziewiętnastowieczne zabudowania należące do „wódzi”, czyli Wytwórni Wódek Koneser. Dalej, na drugim brzegu Wisły, majaczy Pałac Kultury. A ścianka to de facto ściana sześciopiętrowej kamienicy należącej do spółki Nieporęcka, mającej ambicje na coś więcej niż tylko posiadanie budynku w ciekawej okolicy.

— Na Pragę patrzy się podejrzliwie. Przerobiłem to na Zachodzie, gdzie tzw. najgorsze dzielnice stawały się szybko najatrakcyjniejszymi. Tu są możliwości — przekonuje Gildas Boursin, prezes spółki.

Zdradza go akcent i nazwisko. Jego ojciec zakochał się kiedyś w Mazurach, gdzie także Gildas ma swoje, ponoć całkiem wesołe, miejsce. Pochodzi z Francji, z Tours nad Loarą, gdzie mówi się najczystszą francuszczyzną. Wykształcony na architekta, pracował w kilku biurach projektowych w Warszawie. Na karku ma trzydziestkę, żonę z polsko-litewskimi korzeniami, no i jest prezesem Nieporęckiej. A właścicielami nieruchomości są czterej biznesmeni z Francji i z Polski. Gildas Boursin reprezentuje ich interesy, ale wielkiego ciśnienia nie czuje.

— Dali mi pięć lat. Wraz ze współpracownikami działamy od roku z hakiem — uspokaja prezes, znany warszawiakom m.in. ze stawiania rzeźb lodowych w centrum miasta.

Na co dzień jest kimś w rodzaju gospodarza domu. Jak już obejdzie wszystkich lokatorów, staje się wizjonerem. Snuje plany o przyszłości kamienicy, która niegdyś należała do praskiej rodziny Wypychowskich. Sprzedali ją niedługo po odzyskaniu kontroli nad rodzinnym majątkiem.

Podłoga pana Gienia

Nieporęcka 12 poszła za, jak mówią miejscowi, „jakieś prawie trzy bańki”. Te miliony to inwestycja w dużej części emocjonalna.

— Polak i trzech Francuzów chcieli mieć coś, na czym niekoniecznie szybko się obłowią. Może sobie tutaj taki pomnik wystawiają? Praga ma renomę za granicą. Jak tu przyjeżdżają obcokrajowcy, to im się podoba. Inwestorzy chcą ten klimat zachować — zaznacza Gildas Boursin.

Działać zamierzają delikatnie. Wiadomo, kamienica z 1937 r., wymaga gruntownych remontów, a także przebudowy. Taki pan Eugeniusz, co to pamięta jeszcze seniora rodu Wypychowskich, także ma w głowie niezrealizowaną obietnicę remontu podłogi. A upłynęło od tego czasu dwadzieścia lat.

— Budynek nie miał być luksusowy, ale porządny. Wymaga poprawek, bo na przykład kuchnie są razem z łazienkami — przekonuje architekt.

Najpierw jednak trzeba coś zrobić z lokatorami, którzy dzierżawią mieszkania na podstawie umów z miastem. Gildas Boursin wie, czego na pewno w tym wypadku nie zrobi.

— Żyjemy z nimi w zgodzie. Nie działamy agresywnie, nie chcemy stosować sztuczek i sprawiać im trudności, zakręcać wodę czy gaz. Absolutnie nie.

Rewolucji nie będzie

Ma też pomysł, jak sprawę załatwić. Chce namówić władze dzielnicy i miasta, by udostępniły swoje pustostany w okolicy, które jego spółka wyremontuje za własne pieniądze. W zamian przemeldowałoby się tam osiem rodzin, które wciąż mieszkają na Nieporęckiej 12. Jutro ma się w tej sprawie spotkać z władzami dzielnicy.

— To jak najbardziej możliwe, nie tylko na zasadzie partnerstwa publiczno-prywatnego. Można po prostu spisać kontrakt — uważa Paweł Kolas, ekspert z Jodka Consulting, zajmujący się takimi sprawami.

Jeśli w okolicy znajdą się pustostany, a Boursin twierdzi, że takowe są, korzyść będzie obustronna. A jak 700 mkw. powierzchni mieszkalnej opustoszeje, zacznie się rewolucja. Bynajmniej nie moralna, lecz techniczna.

— Nie ogrodzimy się płotem. Zamierzamy podnieść standard i zaprosić tu ludzi chcących mieszkać w ciekawym miejscu, gdzie ceny nieruchomości nie są z kosmosu — zaznacza Gildas Boursin.

W planach jest także wstawienie plomby, czyli drugiej części kamienicy, której Wypychowski nie zdążył wybudować przed wojną. Architektura całości ma wtopić się w klimat okolicy. I najważniejsze — żadnej rewolty społecznej.

— Dzieciaki latające po podwórkach, ludzie pozdrawiający się na ulicy, to coś do uświadczenia tylko na Pradze — mówi z rozrzewnieniem.

Ciepła dolina

Na otwarcie ścianki wspinaczkowej zrobił więc festyn dla okolicznych mieszkańców. Były koncerty, dla wszystkich dzieciaków lody. Organizuje wieczory filmowe — kręci go szczególnie estetyka „Hydrozagadki”. Sąsiadka Teresa poczęstuje w zamian wybitnymi racuchami. Atmosfera wokół Nieporęckiej zmienia się. Boursin to już nie „szpagat”, miastowy inteligent, ale „princ”, nasze dobre panisko. Swoją ascetyczną pracownię urządził na parterze. Przy otwartych na ulicę drzwiach i dźwiękach mocnej muzyki ślęczy nad laptopem, ustawia klocki architektonicznej układanki. W przedsionku stoi radziecki motor, prezent ślubny, jak też kilka rzędów siedzeń z dawnego kina Praha. Wymuskanego szkła i stali tam nie uświadczysz.

— Ja tam go lubię. Widać, że łebski, rzutki, no i ma tzw. ciepłe podwatowanie w dolinie — przekonuje pan Mirek, spotkany przy sklepie firmowym Konesera.

Dolina to w gwarze kieszeń, a watują ją banknoty o okrągłych nominałach. Stoimy na winklu, nad nami imponujący zamek, czyli kamienica z imitacjami baszt. Na murze wytwórni wódek namalowane białą linią bramki i „elki” w kółeczku. Dzieciaki na bosaka kombinują coś przy śmietniku. Folklor dla obcego, dla reszty — codzienność. Jedyne novum to Francuz, co kamienicę robi. Ponoć wszystko na zycher, na bank. Ma przecież cekinów pełną dolinę.

Włości Szmula

Nazwa Szmulowizna pochodzi od założyciela osady Szmula Zbytkowera, żydowskiego kupca, faktora, bankiera związanego z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim. Na Pradze wybudował on jedną z nieistniejących już synagog, a jego trzecia żona Judyta prowadziła modny wśród warszawskiej śmietanki salon. Dalekim potomkiem żydowskiego biznesmena, właściciela m.in. rzeźni, garbarni, tartaków i cegielni, był francuski filozof Henri Bergson. Szmulowizna, otoczona z trzech stron torami kolejowymi, miała szczęście do przemysłu. Tu swoje miejsce znalazła m.in. Wytwórnia Wódek Koneser, a w dawnej fabryce marmolady mieści się modny klub Fabryka Trzciny. Nieopodal stoi Bazylika Najświętszego Serca Jezusowego.

Głód Pragi

Jeśli masz w domu dwie i pół szklanki mąki, dwa jaja, półtorej szklanki mleka, dwie łyżki cukru, trzy deko drożdży, kapkę soli i oleju do smażenia, to możesz się zabrać za robienie racuchów dla czterech osób. Przepis na racuchy pani Tereski owiany jest tajemnicą, ale od czego internet. Namiastka klimatu starej, smacznej Pragi gwarantowana.

Lokal z konsumpcją

700

mkw. Tyle powierzchni mieszkalnej będzie miało dobudowane skrzydło kamienicy na Nieporęckiej.

400

kalorii Tyle ich się mieści w 100 gramach racuchów.

13

złTyle kosztuje pół litra wódki targowej z Konesera.

Mocna historia

Warszawska Wytwórnia Wódek Koneser powstała w 1897 r. Zajmuje ponad 50 tys. metrów kwadratowych terenu położonego w sercu zabytkowej Pragi, pomiędzy ulicami Ząbkowską, Białostocką, Nieporęcką i Markowską. Gorzelnia objęła budynki, w których wcześniej mieściła się rozlewnia spirytusu i wódki dla armii rosyjskiej. W dwudziestoleciu międzywojennym zakład był już czołowym w branży. To miejsce mocno historyczne, tu właśnie opracowano popularną żubrówkę, wyborową, jak też luksusową. Dziś można na Ząbkowskiej wynająć salę na imprezy kulturalne oraz zaopatrzyć się w miejscowe, wyraziste rarytasy, takie jak metropolis, zagłoba czy warszawska i targowa. Swoich wiernych fanów ma także winiak klubowy.