Anegdota.
- Wsiadam do pociągu, w glanach, w czarnej skórzanej kurtce motocyklowej. Tak się kiedyś nosiłam. I wyciągam ten mój podręczny zestaw do wyszywania. Mina tego człowieka naprzeciwko śmieszy mnie do dzisiaj - opowiada Beata Rybotycka.
Wyszywanie to jej nieznane oblicze.
Rodzinny nałóg
Nie miała innego wyjścia. Co tradycja to tradycja.
- To wyszywanie nie wzięło się znikąd. U mnie w domu wszystkie kobiety miały coś wspólnego z robótkami ręcznymi. Babcia Klara wyszywała i szydełkowała, mama, oglądając telewizję, wyszywa i robi na drutach – mówi krakowska aktorka.
I stara się przypomnieć początki swojego uzależnienia.
- Na mnie kolej przyszła w liceum. Już nawet nie pamiętam dokładnie, w jakich to było okolicznościach… Chociaż nie! Co ja mówię?! Pamiętam dobrze! To było znacznie później! Pierwszą rzecz zrobiłam, kiedy byłam w ciąży, czyli w wieku 27 lat – załamuje ręce pieśniarka. Mój Boże, jak ten czas leci! Pamięć nie ta… – prowokuje.
Specjalnie dla spodziewanej córeczki wyhaftowała kołderkę, a właściwie ozdobę do łóżeczka.
- To był taki specjalny obrazek dla Zosi. Mam go do dzisiaj.
Ma jednak swoje tajemnice związane z robótkami. Nie wszystko na sprzedaż.
- O, mam do dzisiaj więcej takich wyszywanych przez siebie obrazków, w tym jeden wykonany specjalnie dla męża, z tajemniczym napisem, którego nie zdradzę.
Tak czy owak wygląda na to, że rodzinne powody są najskuteczniejsze, żeby dać się wciągnąć w nałóg.
- Tak, chyba tak… Ja często powtarzam, że z tym moim wyszywaniem to jest jak z chipsami. Jak zaczniesz, to nie możesz skończyć.
I tak płyną jeden za drugim obrus za obrusem, serwetka za serwetką… Przecież to czasochłonne!
- No, aż tak dobrze to nie jest. Miewam długie przerwy w wyszywaniu, zajęta intensywną pracą zawodową. A taki obrus wymaga czasu i skupienia. Choć miło popatrzeć na leżące do dzisiaj na stole własnoręcznie wyhaftowane obrusy. Ja zdecydowanie poszłam w serwety. To przynosi stosunkowo szybki efekt i satysfakcję.
Czym innym obrus na czteroosobowy stolik, czym innym obrus na stół jadalny na dwanaście osób…
- No tak, wydało się. Te większe zamawiam u mamy. Podobnie jak swetry, bo mama świetnie robi na drutach. Sama zrobiłam kiedyś taki bezrękawnik, do którego rękawy przyczepiało się osobno. Bardzo długo w nim chodziłam, mam go jeszcze gdzieś na dnie szafy. A teraz o swetry też proszę mamę.
Skąd sama czerpie inspiracje?
- Jest tyle gotowych wzorów, książek, w których można podejrzeć jakiś ładny motyw, nie ma z tym problemu. A jeszcze kiedyś otrzymałam od Kasi, córki męża, taki podręczny zestaw do wyszywania wzorów, bo ona też, jako nastolatka, miała w życiorysie ten etap. I dostałam w spadku.
Tylko kiedy się tym zająć? Ten wszechwładny brak czasu…
- Teraz sama nie mogłabym się podjąć takiego zadania, zwłaszcza że miałam dłuższą przerwę w wyszywaniu. Chyba że zajdę w ciążę… Ale w tym wieku? – łka aktorka.
No tak, chwila przerwy. Hektolitry łez, natychmiast składam gorące (i szczere!) zapewnienia o doskonałym wyglądzie i wszystko wraca do normy. Taka mała etiuda.
Tęsknota za sceną
- Teraz rzeczywiście sporo gram. A wolne dni i urlopy spędzam na Mazurach. Urządzając nasz mazurski dom, sporo czasu spędzałam przy renowacji starych mebli. Opalałam, szlifowałam papierami ściernymi różnej grubości, malowałam na nowo. Cieszyło mnie, że mogłam dać tym meblom drugie życie – opowiada aktorka.
Aktywność niepospolita i takież zdolności manualne. Jeśli serwety są tak samo dopracowane jak piosenki i role, to może pomyśleć o wypłynięciu na szersze wody?
- Nie, nie przyjmuję zamówień nawet od znajomych – zaśmiewa się Rybotycka na samą myśl, że mogłaby z wyszywania uczynić źródło dochodu.
Żarty żartami, ale coś jest na rzeczy. Rybotycka po kilku latach przerwy wróciła do regularnego grania w teatrze. Gra w siedmiu tytułach, coraz trudniej o wolny wieczór…
- Wszystko zaczęło się w momencie, kiedy mój mąż przestał się bać mnie obsadzać. A ja tęskniłam już za sceną teatralną. Brakowało mi tego. Przez parę lat zdecydowanie więcej śpiewałam niż grałam. Teraz zrobiło się odwrotnie – mówi Rybotycka.
I niedobre wieści dla fanów wokalnych talentów pani Beaty.
- Sprawy wokalne wyraźnie się zatrzymały, teraz frajdę sprawia mi granie w teatrze, zdecydowałam się także na rolę w serialu „Majka”. Dobrze, że jest kręcony w Krakowie, lubię to miasto. Poza tym będę miała szansę zagrać czarny charakter. No, może nie czarny, ale trudny. Lubię takie wyzwania – deklaruje.
Czy naprawdę najpiękniejszy głos Krakowa zamierza stopniowo rezygnować z mikrofonu? Byłaby to niepowetowana strata dla licznej rzeszy fanów, którzy czekają na kolejną płytę, na kolejne piosenki, na kolejne nagrania…
- Już nie chcę nagrywać płyt, przechodzić przez wszystkie towarzyszące temu wyrzeczenia i trudności. Śpiewam dla przyjemności, ale nowy recital to sprawa odległej przyszłości – zdradza aktorka.
To był cios w samo serce. Pozostaje nadzieja, ona umiera ostatnia!
- Niedawno byłam w Nowym Jorku z recitalem. Trochę piosenek z Piwnicy, trochę z dwudziestolecia. Wiele osób namawiało mnie właśnie na recital piosenek międzywojennych. Nie wiem, nie wiem… – kokietuje.
Nic dziwnego, skoro jej wokalnemu urokowi uległ sam Steven Spielberg, prosząc, by zaśpiewała słynną piosenkę Hanki Ordonówny „Miłość Ci wszystko wybaczy” w „Liście Schindlera”. Zrobiła się z tego przygoda życia. Na miarę Hollywood.
Tymczasem wyszywanie chwilowo odwieszone na kołek. Ale też przecież nie na zawsze.
Beata Rybotycka - aktorka i pieśniarka, z pochodzenia gliwiczanka, związana z teatrem STU, dawniej ze Starym Teatrem i Piwnicą pod Baranami. Była objawieniem Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w 1990 r. Wydała dwie płyty „Pieśni Jana Kantego Pawluśkiewicza” oraz „Szurum burum”. Na co dzień można ją oglądać w repertuarze Teatru STU, aktualnie gra w „Sonacie Belzebuba”, „Szczęśliwych dniach”, „Biesach”, „Na końcu tęczy”, „Kabaret magiczny Arsena Lupin”, „Sekrety nietoperzy”, „Sztuka kochania, czyli sceny dla dorosłych”. Prywatnie żona Krzysztofa Jasińskiego, mama 18-letniej Zofii.

