Prawie dwa tysiące euro rocznie można dostać na dziecko, jeśli jeden z rodziców legalnie pracuje w Niemczech. To kilkunastokrotnie więcej niż w Polsce! Mało kto o tym wie, bo urzędnicy nikogo nie informują - pisze "Głos Pomorza".
Kindergeld to niemiecki odpowiednik zasiłku rodzinnego, przeznaczony na utrzymanie dzieci. Może ubiegać się o niego rodzic pracujący i zameldowany w Niemczech. Każde jego dziecko, które uczy się i nie skończyło jeszcze 27 lat otrzyma co miesiąc 154 euro, nawet jeśli mieszka w Polsce. Rocznie daje to 1848 euro.
Tymczasem w Polsce zasiłek na dziecko jest piętnaście razy niższy i wynosi niewiele ponad 40 złotych. Tyle właśnie pobiera na czteroletniego Szymona, Magdalena Jasińska z podsłupskiego Wieszyna. Jej mąż właśnie zaczyna pracę w Niemczech i nawet nie wiedział, że może starać się o pomoc niemieckiego rządu.
Niestety, żeby się dowiedzieć, co należy zrobić, by otrzymać pieniądze trzeba się nieźle nagimnastykować. Żaden z urzędów nie potrafił wyjaśnić "GP" procedury. Na szczęście Pomorski Urząd Marszałkowski rozjaśnił nieco sytuację, ale i tak nie do końca.
- Urzędy niemieckie weryfikują za naszym pośrednictwem dane zawarte we wnioskach o przyznanie zasiłków rodzinnych - mówi Katarzyna Zaremko. - Niestety, nie wiem jakimi kryteriami się kierują przy przyznawaniu pieniędzy.
Życie jednak nie znosi próżni i miejsce zdezorientowanych urzędników, którzy nie potrafią nam pomóc, zajęli już komercyjni pośrednicy. Jak się okazuje na zasiłkach też nieźle można zarobić. Firma z Berlina za sporządzenie kompletu dokumentów i złożenie ich w odpowiednim, niemieckim urzędzie kasuje aż 50 euro. - To jednorazowa opłata - mówi pośrednik Sławomir Wawrzyniak. - W zamian wypełniamy i składamy komplet dokumentów w odpowiednich urzędach. Julia Hiltner z konsulatu niemieckiego przestrzega jednak przed oszustami. - Jest wiele ogłoszeń, których nadawcy chcą naciągnąć nieświadomych ludzi - mówi. - Dlatego lepiej informacji i pomocy szukać w państwowych urzędach.