Szefie uważaj! Do drzwi twojej firmy puka właśnie inspektor pracy. Nigdy się nie dowiesz, że to ja, twój pracownik go napuściłem. Możesz mi nakukać!
„Puls Biznesu”: W ostatnim raporcie Fundacji Batorego o korupcji...
Anna Hintz, główny inspektor pracy: Nie znam. Ale wiem, że jest problem.
Mam przy sobie.
Mogę zerknąć?
Pewnie. Proszę spojrzeć: nowym i jednym z bardziej zagrożonych korupcją obszarów jest zatrudnienie. Chodzi o tzw. załatwianie pracy. Słyszała Pani?
Nie.
Nie docierają do Was żadne sygnały, skargi, donosy?
Nawet nie wiem, kto mógłby z panem o tym porozmawiać... To obszar — moim zdaniem — w ogóle w Polsce niezidentyfikowany. W naszym kraju praca stała się największym dobrem, o które wielu zabiega, które staje się przedmiotem sprzedaży — również korupcji. Ale nie jesteśmy w stanie ocenić tego zjawiska.
A walczycie z nim?
Na pewno nie. Zatrudnienie to suwerenne prawo pracodawcy. To on odpowiada za dobór kadr i ryzyko związane z prowadzeniem działalności. Nawet nie bardzo wiem: na czym ta korupcja mogłaby polegać?
Zgłasza się stu kandydatów na jedno miejsce...
I przyjmują najgorszego...
Krewnego prezesa.
Ale czy to jest korupcja?
Kumoterstwo. Skoro Pani to nie przekonuje — załóżmy, że zatrudniony dał w łapę kadrowej...
To muszą być dowody.
A jeśli ktoś je przyniesie do Was?
Takie dochodzenia prowadzi prokurator. My nie!
No właśnie. Ludzie błędnie kojarzą PIP?
Możliwe.
Czasami stykam się z żółcią: „napuszczę na niego PIP-ę!” — to sfrustrowany pracownik o pracodawcy.
Bardzo obiegowe, ale nie widzę w tym błędu. Pracodawca rzeczywiście samodzielnie kształtuje zatrudnienie w firmie, ale zgodnie z obowiązującym prawem. Nie może np. wypowiedzieć umowy tylko dlatego, że czyjaś buzia mu się nie podoba. Katalog wykroczeń pracodawcy odnotowano w kodeksie pracy i kilku ustawach szczególnych. Są to m.in. przepisy zakazujące działań dyskryminujących pracowników. A tak się czasem dzieje — głównie przy zwalnianiu i właśnie przy naborze. My w to wkraczamy: badamy legalność, czyli zachowania określonych prawem pracy procedur.
I możecie sprawdzić okoliczności zatrudnienia i zwolnienia delikwenta?
Oczywiście. Zasadność wypowiedzenia sprawdza sąd, do którego pracownik ma się prawo odwołać. Sprawdzamy, czy pracodawca np. pouczył w wypowiedzeniu pracownika o tym przepisie. I tutaj nie ma kolizji kompetencji, bo my nie możemy żądać przywrócenia kogoś do pracy — nawet jeśli pracodawca naruszył procedury. Możemy go za to ukarać, jeśli dokonał tego z rażącym naruszeniem prawa...
Często karzecie?
No dużo! W 2002 roku ujawniliśmy 101,7 tys. wykroczeń przeciw prawom pracownika, popełnionych przez ponad 43 tys. sprawców. Przeprowadziliśmy prawie 95 tys. kontroli, więc ten odsetek sprawców nie jest taki wielki... Wydaliśmy 651 tys. decyzji nakazujących usunięcie nieprawidłowości.
Przecież w każdej firmie da się coś znaleźć.
Ale nie każde uchybienie czy błąd to wykroczenie.
Kiedy inspektor pracy puka do drzwi pracodawcy?
Są różne rodzaje kontroli. Kontrole związane z realizacją programu działania, kontrole problemowe i kontrole interwencyjne sprowokowane wypadkiem przy pracy czy skargą pracowników.
A ja mam firmę, kiedy do mnie wpadniecie?
W każdej chwili! Bez uprzedzenia!
Nie znacie dnia ani godziny?
Ha, ha, ha... Nie chciałabym broń Boże nikogo straszyć. Bardzo mi zależy, by kontrole inspektora pracy traktowano jako formę doradztwa i pomocy w przestrzeganiu prawa. Nasza działalność powinna skutkować świadomością pracodawców, że opłaca się stwarzać dobre warunki pracy. To mniej kosztuje niż wypadki i choroby zawodowe. Autorytet inspektora pracy nie powinien być budowany na lęku. Inspektor to partner, który czasami musi karać.
To kiedy PIP może wejść do firmy?
Już mówię... Tylko wezmę ustawę, bo to jest bardzo ładnie opisane.
(Anna Hintz otwiera czerwony, służbowy kalendarz).
Każdy inspektor ma taki fajny kalendarz z ustawą?
Tak. Czytam: „W celu ustalenia stanu faktycznego, związanego z przeprowadzoną kontrolą, inspektor pracy ma prawo swobodnego wstępu na teren oraz do obiektów i pomieszczeń podmiotów kontrolowanych, ma prawo żądania od pracodawcy i wszystkich pracowników, których pracodawca zatrudnia, wszelkich informacji związanych z dochodzeniem do prawdy obiektywnej. Przed podjęciem czynności kontrolnych inspektor pracy zgłasza swoją obecność pracodawcy, z wyjątkiem przypadków gdy uzna, że takie zawiadomienie może wpłynąć na obiektywny wynik kontroli...”.
A kiedy może tak uznać?
Kiedy ma informacje, że pracodawca może na przykład wyjechać, utrudniać działalność...
Ukryć coś...
Dokładnie. Jest jeszcze akapit, który mówi, że inspektor pracy ma prawo wstępu do firmy o każdej porze dnia i nocy. Nie musi mieć upoważnienia. Wystarczy legitymacja służbowa.
Polacy chętnie korzystają z tego prawa zemsty?
Panie redaktorze, każda interwencja, każde pismo skierowane do nas — jeśli to, o czym traktuje, pozostaje wśród naszych kompetencji — prowokuje kontrolę. Mało tego! Zgodnie z ustawą o PIP i konwencją nr 81 Międzynarodowej Organizacji Pracy o inspekcji w przemyśle i handlu (ratyfikowaną przez Polskę), inspektor pracy ma obowiązek nie ujawniać nazwiska skarżącego. Nawet nie wolno powiedzieć, że kontrola to efekt skargi. W dzisiejszej sytuacji, gdy bezrobocie sięga już 20 proc...
Premier Hausner chwalił się niedawno, że 17,4 proc.
Niech będzie i tak... W tych warunkach ludzie bardzo często godzą się na rozmaite formy zatrudniania pod presją. Nierzadko pracują — i to na ogół przedmiot skarg — w czasie ponadnormatywnym, nie otrzymując za to dodatkowego wynagrodzenia. Bardzo często podpisują umowy cywilnoprawne typu zlecenie czy dzieło, kiedy de facto to typowy stosunek pracy. Bardzo często rezygnują z urlopów wypoczynkowych, byle tylko pracę zachować. Takie układy działają latami — do momentu, kiedy pracownik przestaje się podobać: wtedy zwykle dochodzi do rozstań. I ja bym tego nie nazywała zemstą. Choć to pozornie tak wygląda. Zwolniony czuje się na tyle pokrzywdzony, że prosi nas o interwencję. Na przykład prawo do wynagrodzenia... Często się zdarza, że w firmach istnieje podwójna lista płac: ta na użytek urzędników, druga — rzeczywista. Po kontroli to wychodzi. Ponad połowę skarg zgłaszają osoby, które już nie pracują. Bo te, które pracują, godzą się na wszystko. Boją się bezrobocia. Zemsta? Na pewno nie!
Na pewno tak.
Nie, proszę pana! To dochodzenie słusznych, gwarantowanych ustawą uprawnień. Tyle że w momencie, kiedy groźba wyrzucenia z pracy już nie istnieje.
Ale taki pracownik, prócz wątpliwiej satysfakcji, nie czerpie żadnych korzyści z kontroli PIP.
To nie tylko kwestia satysfakcji. Przeprowadzając kontrolę, egzekwujemy prawo nie tylko wobec osoby zgłaszającej skargę, ale i w stosunku do wszystkich zatrudnionych.
A czy jemu coś grozi za bezpodstawny donos?
Nie możemy ujawniać...
Wiem, ale załóżmy, że wchodzicie do idealnej firmy. I w donosie były same bzdury. Donosiciel dostaje nauczkę?
No nie, bo pracodawca nawet nie wie, że kontrolę wywołało doniesienie...
Ale PIP wie! Pociągacie go do odpowiedzialności czy nie?
Ależ skąd! Przecież to prawo obywatela w demokratycznym państwie — napisać do urzędnika, w którego kompetencji leży przeprowadzanie kontroli w zakładach pracy.
Jak się przed tym ustrzec?
Jak? Nie mogę dać pracodawcy gwarancji, że nie pojawimy się u niego. Wykluczone! Ale jeżeli pracodawca chce szanować prawo, może nas o wszystko pytać. Dyżury prawników są bezpłatne w każdym okręgowym inspektoracie. Po drugie: udzielamy porad na piśmie. Można też zawsze zapytać inspektora pracy, kiedy już w firmie się zjawi. Jednym słowem: trzeba przestrzegać prawa.
A coś, co się nazywa świadectwo PIP, daje pracodawcy jakieś fory u Was?
To zachęta do szanowania prawa. Ale muszę zmienić tę nazwę, bo się kojarzy z jakimś certyfikatem... Tak nie jest. Po prostu: zachęcamy pracodawców do współpracy z inspekcją. Najlepiej, gdy sam pracodawca — przez samokontrolę — doprowadza do tego, że ma porządek, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i tzw. prawną ochronę pracy. Świadectwo jest informacją, że udzieliliśmy daleko idącego doradztwa.
Zamiast żyć w niepewności można Was zaprosić, tak?
Oczywiście! I współpracować! Wtedy nie rozdrabniamy się na kontrole u pracodawców, którzy chcą być w porządku. I takie zaświadczenie o tym mówi...
Za to się płaci?
W żadnym wypadku! To dobrowolne poddanie się naszemu „audytowi” — na własne ryzyko.
Słyszałem, że inspektorzy pracy potrafią wziąć łapówkę.
Bardzo poważny zarzut! Jest 1,5 tys. inspektorów...
A Pani słyszała?
Są pracodawcy, dla których sprawa ochrony pracy nie jest zbyt istotna. Dlatego pomówienia się zdarzają. Wtedy od razu powiadamiam prokuraturę. Ale nigdy nie potwierdzono prawomocnym orzeczeniem łapówkarstwa inspektora pracy. Nawet jeden przypadek mógłby popsuć autorytet całej instytucji. Dlatego z pomówieniami będę zawsze zdecydowanie walczyć. Jeżeli jednak zdarzyłoby się potwierdzone przestępstwo, to w trybie natychmiastowym będę się z takimi inspektorami rozstawać. Reguły są jasne!
Pani powiedziała, że chcecie być partnerami pracodawców. Coś mi się wydaje, że nie da rady. Chyba Was nie lubią...
Jak wszystkich, którzy kontrolują. Bo — krótko mówiąc — jest źle! Warunki gospodarowania — ciężkie, koszty pracy — wysokie, a pracodawcy nastawieni na szybki zysk. Na dalekim planie znajduje się u nich tworzenie dobrych i bezpiecznych warunków pracy. Zwłaszcza w małych i średnich przedsiębiorstwach.
To niech się Pani określi: po której stronie barykady stoi Państwowa Inspekcja Pracy? Po stronie pracodawców czy pracowników?
Główne przeznaczenie prawa pracy to ochrona pracowniczych interesów. Naszą misją jest zatem troska o pracowników. Ale musimy przekonać pracodawców, że im się to opłaca. Chciałabym zachować zdrową równowagę.