Kończący roczną prezydencję USA szczyt grupy G20 w Miami na poziomie szefów państw i rządów odbędzie się 14-15 grudnia 2026 r., zatem pozostają trzy miesiące. W debatach przygotowawczych w Polsce zamiatana jest pod dywan najważniejsza okoliczność, którą trzeba nieustannie odkurzać. Fundamentem samozwańczej – bo przecież nie jest to produkt ONZ – grupy światowych potentatów jest jej reprezentatywność kontynentalna, a nie pomiar PKB per capita. G20 nie ma żadnej siedziby ani sekretariatu, przez rok zgodnie z uzgodnionym harmonogramem rządzi kolejny członek, który jest decydentem zarówno organizacyjnym, jak też programowym. Realizując te niedoprecyzowane uprawnienia Donald Trump samowolnie i bez porozumienia z kimkolwiek z G20 epizodycznie wyrzucił w roku 2026 z grona uczestników Republikę Południowej Afryki i w takim samym prywatnym trybie wstawił w jej miejsce… Polskę! Uczynił tak dla wyjątkowego dowartościowania Karola Nawrockiego, jako że obaj prezydenci wyjątkowo silnie mają się ideologicznie ku sobie.
Od powstania G20 Polska w niej uczestniczy, ale pośrednio, ustami przewodniczących Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej. Ze starszej i węższej grupy G7 samodzielne członkostwo przeniosła do G20 unijna trójka Niemcy, Francja i Włochy (oraz Wielka Brytania, obecnie samodzielna). Pozostałe 24 wspólnotowe państwa reprezentują wspomniani szefowie unijnych instytucji, przy czym nie zostało to uregulowane w żadnym traktacie. Cała G20 to przecież byt nieucywilizowany zgodnie ze standardami prawa międzynarodowego, chociaż zsumowaną siłą gospodarek oraz populacji – oczywiście dominujący nad rozproszoną pozostałą częścią ludzkości.
W kontekście prawnym ciekawie zapowiadają się grudniowe relacje w Miami. Unijni przewodniczący Ursula von der Leyen i António Costa ze zdziwieniem – chociaż schowanym za uśmiechami protokolarnej poprawności – zobaczą za stołem pełnoprawnych uczestników szczytu Karola Nawrockiego zamiast Cyrila Ramaphosy, skazanego całkowicie prywatnym wyrokiem Donalda Trumpa na roczną banicję. W 2027 r., gdy pracami G20 będzie kierowała Wielka Brytania, wspomniany prezydent RPA oczywiście za główny stół wróci, zaś Karol Nawrocki... zobaczymy, to odrębny przyszłościowy temat.
Oryginalnym pomysłem prezydenta jest zamiar reprezentowania w G20 nie tylko Polski, lecz całej grupy państw Trójmorza. Do tego pozatraktatowego bytu – w tym inicjatywa umocowana jest podobnie miałko jak G20 – obecnie zapisało się 13 państw UE: Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Grecja, Łotwa, Litwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Węgry. Są także partnerzy oraz pozaunijni sąsiedzi stowarzyszeni. Najsłabszym punktem Trójmorza od początku jest szerokie rozwarcie nożyc pomiędzy potencjałem naszego regionu oraz szczytnymi hasłami – a konkretnym dorobkiem infrastrukturalnym, którego rozmiary pozostają bardzo wstępne, żeby nie powiedzieć szczątkowe.
Realizując swoją ideę Karol Nawrocki zaprosił 14 września grupę działaczy gospodarczych i przedsiębiorców z państw Trójmorza. Sformułowane zostały trzy propozycje, które prezydent będzie chciał wnieść do agendy szczytu G20. Pierwsza dotyczy zmiany charakteru inwestycji zagranicznych w naszych państwach. Druga to demografia, w tym starzenie się społeczeństw oraz odpływ talentów i zmiany na rynku pracy. Trzecia propozycja wyrasta z polskiego doświadczenia budowania bezpieczeństwa energetycznego. Zapisy teoretycznie sensowne, ale pomysłodawca nie podał, na podstawie czyjego upoważnienia miałby wypowiadać się w Miami w imieniu aż 13 państw. Donald Trump tak by to widział, ale przecież wszystkie unijne państwa, nawet znacznie mniejsze od Polski, są identycznie ważącymi podmiotami prawa międzynarodowego, co jest wyjątkowo silnie podkreślane w traktatach oraz w realiach UE. Mając do wyboru formalne reprezentowanie w G20 przez oboje szefów brukselskich instytucji oraz alternatywne nieformalne przez goszczącego pierwszy raz i tylko epizodycznie uczestnika polskiego – postawią na unijną centralę.

