Protokół rozbieżności w cieplejszym klimacie

Jacek Zalewski
opublikowano: 2006-10-31 00:00

Największą wartością wczorajszej wizyty premiera Jarosława Kaczyńskiego u kanclerz Angeli Merkel była okoliczność, że w ogóle do niej doszło. Planowana była już dawno, a potwierdzona podczas spotkania obojga szefów rządów w Helsinkach — w formule konsultacji międzyrządowych, czyli z udziałem premierów oraz ministrów kierujących obszarami szczególnie ważnymi dla współpracy dwustronnej. W końcu szczyt został okrojony do resortów: spraw zagranicznych, spraw wewnętrznych i administracji oraz transportu. Rzucający się w oczy brak ministrów gospodarki nasza strona tłumaczyła niemożnością uczestniczenia szefa tego resortu ze strony gospodarzy. Nie tylko z tego powodu tematykę energetyczną przejęli sami szefowie rządów.

Premier Kaczyński w poniedziałek gościł w Berlinie już „oczyszczonym”, albowiem niedziela była ostatnim dniem funkcjonowania wystawy poświęconej wypędzeniom w XX wieku, zorganizowanej przez Erikę Steinbach. Notabene podsumowując wystawę wyraziła ona nadzieję na szybką zmianę rządu w Polsce. Oboje premierzy swoje rozmowy przedstawili mediom w zupełnie innym duchu, jako dobre, konstruktywne, pożyteczne etc. Z epoki PRL i NRD — kiedy wychowywali się Jarosław Kaczyński i Angela Merkel — zabrakło jedynie „atmosfery braterstwa i wzajemnego zaufania”. Osobisty kontakt szefów rządów ma wartość niekwestionowaną, ale w kwestiach strategicznych pozostali przy swoich zdaniach, co nie mogło być zaskoczeniem.

Głównym punktem protokołu rozbieżności pozostaje gazociąg z Rosji do Niemiec po dnie Bałtyku. Strona niemiecka traktuje tę inwestycję jako przedsięwzięcie czysto komercyjne i dopuszcza uwzględnianie opinii państw trzecich jedynie w kontekście ekologicznym. Strona polska podkreśla, że nitka omijająca nasz kraj będzie miała w rosyjskich dostawach absolutny priorytet i któregoś dnia w gazociągach prowadzących przez Polskę może paliwa zabraknąć — i to nawet nie z powodów politycznych, lecz technologicznych. Wczoraj kanclerz Merkel zarysowała plan stworzenia Polsce, i państwom o podobnym położeniu, traktatowych gwarancji — gdyby nagle zabrakło im gazu (dotyczyłoby to też ropy) w rurach ze Wschodu, to awaryjnie popłynąłby on z systemu unijnego, czyli z Zachodu. Premiera Kaczyńskiego taki plan zbiorowego bezpieczeństwa bardzo zainteresował, ale nie zmienił on negatywnego zdania o ewentualnym skorzystaniu przez Polskę z gazociągu bałtyckiego via Niemcy.

Obie strony z wielką nadzieją odnoszą się do rozpoczynającej się 1 stycznia niemieckiej prezydencji Unii Europejskiej. Wczoraj premier Kaczyński stwierdził —ale w swoim stylu, czyli hasłowo i ogólnikowo — że Niemcy mają mandat do podjęcia poważnych zadań w sprawie traktatu, niekoniecznie konstytucyjnego. Kanclerz Merkel o posiadaniu takowego mandatu jest przekonana od dawna, tyle że jego sprawowanie wyobraża sobie zupełnie inaczej niż jej wczorajszy gość. Niemcy, trzymające sztamę z Francją, wcale nie uznają rzymskiego traktatu konstytucyjnego z roku 2004 za dokument pogrzebany, mimo jego odrzucenia w dwóch narodowych referendach.

Politycy starają się przedstawiać stosunki polsko-niemieckie jak najlepiej, media podobno jak najgorzej, a ludzie i tak wiedzą swoje. Oto przykład naszego marketingu narodowego — w sercu Berlina stoi pomnik polskiego marazmu inwestycyjnego i decyzyjnego bezhołowia kolejnych rządów, czyli zamknięta do przebudowy ambasada w dawnej NRD. Ambasada obecna gnieździ się na peryferiach w siedzibie misji wojskowej z czasów Berlina Zachodniego, a martwy gmach przy Bramie Brandenburskiej straszy napisem „Ambasada RP w RFN — biuro attaché do spraw budowy”. Zmieniają się prezydenci i premierzy, weszliśmy do UE — i nic. Wczoraj o tej wstydliwej sprawie — też nic.