Przeciąganie terminu musi mieć jakiś sens

Jacek Zalewski
opublikowano: 2004-05-25 00:00

Podzielony Sejm nie był w stanie wyłonić premiera do wczoraj i nic nie zdziała również do jutra. Przypomnijmy, że w sejmowym wariancie powoływania rządu konieczne są aż dwa głosowania — nad samym premierem (jego wybór jest odpowiednikiem desygnowania przez prezydenta), a następnie nad wotum zaufania, które oznacza zatwierdzenie programu i składu gabinetu. W obu przypadkach wymagana jest większość bezwzględna.

Najbardziej zdumiewa, że marszałek Józef Oleksy przeciągnął termin zgłaszania kandydatów o półtorej doby na wniosek... Federacyjnego Klubu Parlamentarnego (FPK). Zerowe znaczenie polityczne tej zbieraniny wykazały niedzielne prawybory europejskie we Wrześni. W związku z tym rozmowy o rządzie FKP może dzisiaj do późnej nocy toczyć jedynie sam ze sobą — w sejmowej restauracji.

Terminu klęski Sejmu w sprawie powoływania rządu nie da się odwlec — w piątek jego czas się kończy. Za to prezydent zyskuje spore możliwości terminowych manewrów. Rozeszły się pogłoski, że Aleksander Kwaśniewski planuje powtórne powołanie rządu Marka Belki już w sobotę 29 maja — co wymusiłoby przeprowadzenie przez Sejm ostatecznego głosowania nad wotum zaufania najpóźniej 12 czerwca, tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego! Rozwiewamy tę plotkę — 29 maja prezydent będzie przebywał w Guadalajarze na szczycie Unii Europejskiej z Ameryką Łacińską.

Osobiście podejrzewam zupełnie inny plan. Otóż gabinet Marka Belki może podziałać w formule administratora przez 14 dni, a jego ponowne zaprzysiężenie przez prezydenta może nastąpić w ostatnim możliwym terminie, czyli dopiero w piątek 11 czerwca (eurowybory są 13 czerwca). Dzięki temu premier będzie prawnie umocowany podczas bardzo ważnego szczytu Rady Europejskiej, 17-18 czerwca w Brukseli.