Przeciętny przedsiębiorca ucieka w szarą strefę

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2001-12-10 00:00

Możliwości małych i średnich przedsiębiorstw są ciągle w Polsce bardzo małe. Firmom tym brakuje skumulowanego kapitału własnego. Tymczasem rządowe wsparcie jest dla nich w zasadzie nieodczuwalne. Mało tego, podmioty te są wciąż szykanowane wysokimi podatkami i restrykcyjnym prawem pracy.

- W jakiej kondycji znajdują się dzisiaj nasze małe i średnie firmy?

W złej, a po ostatnich regulacjach podatku dochodowego uległa ona dalszemu pogorszeniu.

- Jakie są fakty?

Mamy przyjętą ustawę o dochodzeniu do 22 proc. podatku z działalności gospodarczej od osób prawnych. Jednocześnie dla małych firm zostały zablokowane na 2 lata progi podatkowe. W odczuciu małego przedsiębiorcy nie istnieje żadna pomoc ze strony państwa.

- Jak to?

Wspieramy na przykład eksport poprzez dopłatę do powierzchni wystawienniczych na imprezach zagranicznych. Ale jak ma to odczuć mały i średni przedsiębiorca, który działa na rynku lokalnym? Czy ta pomoc jest na pewno adresowana do niego?

- Na pewno nie.

Widzi pan? Odpowiedź sama się ciśnie na usta.

- Co dalej?

Na szczęście są też pozytywne elementy państwowej polityki wsparcia.

- Jakie?

Wsparcie funduszy poręczeń kredytowych. To już jest element, który przy podziale na kwoty 30, 40, 60 czy 100 tys. zł jest w pełni adresowany do małego przedsiębiorcy. Pod warunkiem, że ma on jakiś pomysł na rozwijanie firmy bądź na uzupełnianie swoich środków kapitałowych. Ale i tutaj też nie wszystko mi się podoba.

- Znowu?

Oczywiście, fundusze poręczeń kredytowych, które powstały w czasie, kiedy nie było programu wsparcia, musiały korzystać z wszelkich możliwych dróg uzyskiwania środków finansowych. Tworzyły się często spółki banków, miast i najróżniejszych urzędów samorządowych. Ale w ten sposób te podmioty zaistniały i wygenerowały pewne środki. Niestety dzisiaj — ze względu na to, że są uformowane jako spółki kapitałowe — nie mogą uczestniczyć w programie. Mogą z niego korzystać tylko ci, którzy nie działają dla zysku i mają w statucie zapisane, że są podmiotami non profit. Efekt jest taki (a sam jestem przewodniczącym takiego funduszu), że pracując dla zysku nie mogłem ponosić strat, które w tym przypadku są nieuniknione.

- Jak Pan to robił?

Poprzez wzmożone procedury kwalifikacyjne. Z 240 złożonych wniosków o wsparcie, zaakceptowaliśmy tylko nieco ponad 40.

- Dlaczego?

Dlatego, że możliwości przeciętnego przedsiębiorcy w Polsce są ciągle bardzo małe, bo są oparte na braku skumulowanego kapitału własnego. Tutaj, jako klasyczny element wsparcia powinien wchodzić fundusz poręczeń kredytowych. Widziałem to na przykład w Stanach Zjednoczonych. Tam fundusz poręczeń kredytowych jest związany z funduszem podwyższonego ryzyka. Jego odpowiedzialności za osobę, która od niego pobiera środki, nie można do końca zabezpieczyć. Ale w efekcie, w skali całego państwa to daje niesamowity przyrost aktywności gospodarczej. W USA blisko 70 proc. poręczeń jest nietrafionych, a tylko 30 proc. jest trafnych. Zadałem więc przyjacielowi ze Stanów pytanie: jak wy możecie tak marnotrawić pieniądze? Jego odpowiedź była bardzo jasna: stary, te 30 proc. to są firmy, które po zaistnieniu na rynku przynoszą w skali 10-15 lat tyle zysków, że bez trudu pokryją te 70 proc. ryzyka, które poniosło państwo.

- A może powie Pan kilka słów o polskim prawie pracy?

Kodeks pracy w naszym wydaniu jest restrykcyjny. Patrzę na to oczywiście z punktu widzenia małej firmy, która cechuje się tym, że jest elastyczna i szybko reaguje na zmiany koniunkturalne swojego otoczenia.

- Chyba raczej powinna.

Nie. Jeżeli chce istnieć, to musi. Załóżmy, że mam 5-osobowy zakład. Nagle otrzymuję duże zamówienie i podpisuję kontrakt — muszę szybko zareagować. Muszę przyjąć dodatkowego pracownika. No i teraz zaczynają się schody. Zastanawiam się: czy mam go przyjąć na okres próbny czy na umowę czasową...

- Czy na czarno.

To też jest problem. Tymczasem rozwiązania zawarte w kodeksie pracy są zbyt restrykcyjne. Ja zawsze jestem gotów dogadać się z pracownikiem. On mnie rozumie i ja jego. On chce mi dać 15 godzin pracy dziennie, bo w krótkim okresie chce zarobić jak najwięcej. Dlatego, że nie jest pewien, czy będzie miał jutro pracę. Ja chcę mu za to zapłacić. Ale przecież natura ludzka jest ułomna i o umowach często zapominamy.

- I co wtedy?

Wtedy staje naprzeciwko mnie cały sztab instytucji państwowych: Państwowa Inspekcja Pracy czy sądy pracy, które po rozwiązaniu np. umowy czasowej nie honorują umowy dżentelmeńskiej. Druga sprawa — kodeks pracy chroni ludzi pracujących, ale nie osoby, które chciałyby pracować, a nie pracują. Pokażę to znowu na przykładzie umów czasowych. Załóżmy, że dwa razy zawarłem umowy na 3 miesiące. Dla mnie ktoś, kto się utrzymał w zakładzie tak długo, jest człowiekiem wartościowym. Ale w ostatnim miesiącu jego pracy muszę szukać następnego pracownika. Z niego muszę zrezygnować.

- Dlaczego?

Bo on nie jest na tzw. trwałym stosunku pracy. Tymczasem okazuje się, że moje zamówienie zaczyna być na rynku nośne i muszę jeszcze raz skorzystać z pracy do-

datkowego człowieka. Niestety, w myśl polskich przepisów muszę go zwolnić. Dla mnie to jest niekorzystne i dla niego też.

- Czego Pan oczekuje od nowego rządu?

Chcę szacunku dla firm, które reprezentuję. Chcę, żeby uszanowano naszą inność, żeby osoba, która generuje miesięcznie 3 tys. zł obrotu, nie musiała mieć kasy fiskalnej za 2,5 tys. zł. Dlatego, że tacy drobni przedsiębiorcy często nie potrafią unieść takich obowiązków. Jeżeli ich nie unoszą,

to oczywiście idą do szarej strefy, a nie ma nic gorszego dla firm, które działają zgodnie z przepisami i muszą z nimi konkurować. Rodzą się wtedy konflikty z klientem, który powiada: pan chce 2 tys. zł? Przecież pański kolega chce to zrobić za 1 tys. zł? W tym momencie kończy się rozmowa. Klient zaczyna wspierać szarą strefę — dla mnie ze zrozumiałych względów. Chroni po prostu swoją kieszeń, w której i tak ma już rękę urzędu skarbowego. Zwykły człowiek nie chce, żeby ktoś znowu wyciągał od niego kolejne parę złotych do wspólnego garnuszka pod tytułem budżet.

- Nieciekawie Pan to wszystko przedstawia.

Przykro mi, ale taka jest moja ocena.

- A może coś na pocieszenie?

Nie, nie pocieszę.

- Niech Pan nie przesadza.

Jedyne pocieszenie w tym, że obecny rząd traktuje nas bardzo poważnie i reprezentacja polskiego rzemiosła bierze udział w obradach komisji trójstronnej po stronie pracodawców. Mam cichą nadzieję, że tam zrozumiemy się lepiej, szczególnie w perspektywie bez mała 20-proc. bezrobocia. Może osiągniemy tam coś, czego nie da się osiągnąć przed kamerami na sali sejmowej.