Ledwo ucichła wrzawa wokół niedawnej nowelizacji ustawy, a już szykuje się kolejna. Platforma Obywatelska zapowiadała kompleksową ustawę o radiofonii i telewizji. Ma nad nią pracować ministerstwo kultury kierowane przez Bogdana Zdrojewskiego. Na razie zajmuje się tylko jedną kwestią.
„Ministerstwo prowadzi prace nad implementacją dyrektywy o audiowizualnych usługach medialnych, któ- ra rozszerza regulacje do- tyczące tradycyjnej telewizji na usługi audiowizualne m.in. w internecie, telefonii komórkowej i telewizji na żądanie” — napisało ministerstwo w informacji przesłanej „PB”.
Szczegółowe rozwiązania mają się znaleźć właśnie w ustawie o radiofonii i telewizji. Będzie więc potrzebna kolejna jej nowelizacja.
— Jest na to czas do 19 grudnia przyszłego roku — przypomina ministerstwo.
Legalne logotypy
Wprowadzenie unijnej dyrektywy wydaje się sprawą
drobną, ale nie jest. Dyrektywa dużo zmienia na rynku mediów elektronicznych.
Przede wszystkim legalizuje product placement, czyli prezentowanie logotypów i
produktów firm na antenie, np. w serialach. Dotychczas kwestia ta nie była
uregulowana.
— To krok wart dużych pieniędzy. W USA niekonwencjonalne formy reklamy, takie jak sponsoring czy product placement, stanowią 20 proc. rynku reklamy telewizyjnej. Szacuję, że przychody reklamowe polskich nadawców mogą zwiększyć się nawet o 10 proc. — mówi Konrad Pudło, prezes firmy badawczej Pentagon Research.
W ubiegłym roku rynek reklamy telewizyjnej — jak szacuje dom mediowy Starlink — był wart 3,35 mld zł. Wprowadzenie product placement może więc być warte 300 mln zł dodatkowych wpływów stacji. To niejedyny plus.
— Product placement to wyjątkowo skuteczna forma przekazu reklamowego, wpływająca na widza dużo lepiej niż tradycyjne reklamy, którymi jest już znudzony. A reklamodawcy są teraz nastawieni na bezpośrednie przełożenie nakładów reklamowych na zwiększenie sprzedaży — twierdzi Konrad Pudło.
Spór o mobilną TV
Dyrektywa rozszerzy regu- lacje rynku telewizyjnego
na nowe kanały dystrybucji: internet, telewizję w komórkach czy wideo na
żądanie. Toczy się gorąca dyskusja na ten temat. Pytań i problemów jest mnóstwo.
Pierwszym jest definicja telewizji mobilnej: czy to jeszcze te- lewizja, czy już
telekomunikacja?
— Nikt w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji (KRRiT) czy Urzędzie Komunikacji Elektronicznej (UKE) nie był w stanie tego przesądzić. UKE uznałby telewizję mobilną za usługę telekomunikacyjną, a KRRiT za telewizję z małym ekranem. Brak klarownych regulacji może zatrzymać cały proces jej wprowadzania — mówi Aleksander Frydrych, wiceprezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji (PIIT).
Internet do kontroli
Z definicji wynikają obowiązki: czy operatorzy
będą mieli obowiązek nadawania w komórkach programów telewizji publicznej, czy
trzeba będzie płacić za nie abonament, czy będą potrzebne koncesje na programy w
komórce i kto oraz w jakim zakresie mógłby kontrolować treści w internecie.
Ministerstwo podkreśla, że prace są na bardzo wczesnym etapie i nic nie jest przesądzone. Sygnalizuje jednak, że regulator może dostać narzędzia do kontroli treści w internecie i komórkach.
„Zgodnie z dyrektywą, tym samym regulacjom dotyczącym treści podlega tradycyjna telewizja i usługi rozpowszechniane za pomocą internetu” — wynika z pisma ministerstwa kultury.
Tylko który regulator będzie za to odpowiedzialny?
— Podstawowym problemem może być wskazanie właściwego organu. Uważam, że nie powinien to być ani UKE, ani KRRiT, ale niezależny od rządu kolegialny organ regulacyjny — mówi Wojciech Dziomdziora, prawnik z kancelarii Cottyn-Lecoutre.
Dochodzi jeszcze sprawa praw autorskich.
— Kto ma za nie płacić? Nadawca, który udostępnia program operatorowi, czy operator, który na tym zarabia? To przecież ogromne pieniądze — pyta Juliusz Braun, były szef KRRiT.