Podobno zarówno sama restauracja jak i jej - od 10 lat ten sam - szef kuchni obrośli już legendą. Choć Paweł Oszczyk przyznaje, że przy komponowaniu nowego menu nie potrzebował specjalnej inspiracji, ale po prostu wybrał sezonowe produkty z którymi chce pracować oraz techniki, jakimi je przyrządzi - niektóre pomysły zasługują na brawa.
Nowe menu La Rotisserie mogę podsumować 3 słowami: prostota, sezonowość, wyszukanie.
Przede wszystkim dużo w nim typowych na polskiej wiosny i lata "zwyczajnych" dóbr sezonowych: botwiny, polnych ziół, truskawek, młodej kapusty, które Paweł Oszczyk umiejętnie połączył z restauracyjnymi klasykami z wyższej półki: żabnicą, jagnięciną, przegrzebkami czy kaczką.
Najwięcej propozycji znajdziemy wśród starterów. To tu widnieje tataki z tuńczyka (kawałki surowej ryby krótko podsmażone z obu stron, w tym wypadku - w pieprzu syczuańskim), które szef kuchni Paweł Oszczyk wymyślił zanurzyć w "zimnej zupie pomidorowej". W rzeczywistości chodzi o świeżo przygotowany aksamitny przecier pomidorowy, idealnie doprawiony, w mocno wyczuwalnym czosnkiem, którego zwyczajność znakomicie gra z wyszukaniem tuńczyka. Do tego podano pastę z awokado, olej rzepakowy i świeże zioła: szczypior i kolendrę.
Również wśród starterów znalazło się wytworne pastrami z kaczki, podane na sałatce ze świeżej botwiny, truskawek i polnych ziół (tak, tu pierwszy raz jadłam krwawnik pospolity, który rośnie nawet pod moim balkonem). Sałatkę doprawiono świetnym dressingiem kawowym i serkiem wiejskim.
Na brawa zasługuje dopracowanie dania głównego z dorszem w roli głównej. Cztery akcenty rybne (dorsz, śmietankowy sos z gotowanych muli, kawior i krab w postaci pesto) świetnie grają z ziołowym, ręcznie robionym makaronem farfalle.
Tytułowe ptasie mleczko z chłodnika botwinkowego znajdziemy natomiast w daniu dla mięsożerców: combrze cielęcym (Nowa Zelandia) podanym na czarnym ryżu. Dla cudeniek takich jak to ptasie mleczko można przekonać się do mody na kuchnię molekularną.
I wreszcie last but not least - desery, z których miałam okazję spróbować jedynie "rozebranej jagodzianki", jak określił ją Paweł Oszczyk. Faktycznie, na części pierwsze rozebrał zwykłą, sezonową słodką bułkę: zestawił mus z owoców leśnych, jagody i kruszone ciasto drożdżowe, ale położył je obok sorbetu z pędów sosny. Tak, z pędów. Sosny. Mistrzostwo!
Lubię, gdy szefowie kuchni idą tą drogą.






